czwartek, 28 marca 2013

Związki - Rozdział 4

                                                                           ~JANE~
Staliśmy tak uśmiechając się do siebie. Wpatrywałam się w niego jak wół na malowane wrota, i nie mogłam się napatrzeć. Jego intensywne spojrzenie, kruczoczarne włosy, dość jasna karnacja. Spodobał mi się, mówiąc szczerze. Jego wzrok zmienił kierunek na drzwi od stajni. Wpatrywał się w coś. Również odwróciłam głowę, zauważając zbliżającą się do nas Rose. Szła w tej samej, beżowej sukience, półbutach i ładnie spiętych włosach. Była ładna, jak nie ładniejsza ode mnie. Mimo wszystko, wydawała być się moim wrogiem. Podeszła uśmiechnięta, wgapiając się w Matt'a.
- Cześć. - Powiedział dość cicho, do stojącej już przed nami Rose. Ona uśmiechnęła się szeroko, przytulając się do niego mocno. Dopiero teraz zauważyłam, jak Matt spoważniał. Nie był już uśmiechnięty jak przed dwoma minutami. Rose przestała go po chwili ściskać, spoglądając na mnie jakby nieco podirytowana.
- Poznałeś już Jane? - Zapytała cichutko i dźwięcznie, a mi zrobiło się jakoś dziwnie głupio. Czy to jego dziewczyna? Może pomyślała, że ze mną flirtuje? Pobijam rekordy. Teraz i tu, nawet na wsi, będę miała wroga. I to już po niecałym dniu. Matt skinął głową, lekko się do mnie uśmiechając. Wydawał się spięty.
Nastała chwila ciszy, a ja udając, że jestem zajęta głaskaniem Księcia, zerkałam co chwilę kątem oka na Matt'a.
- Dobra, ja już pójdę. - Powiedziałam po chwili, unikając spojrzenia Rose. Matt uśmiechnął się, a jego piękne oczy jakby zabłyszczały. Może przesadzałam, ale były wyjątkowe.
- Do jutra. - Rzekł chłopak, a Rose stojąca obok wysyczała coś cicho na wzór " Na razie ". Odwróciłam się od nich, wsadzając ręce do kieszeni w bluzie. Szłam szybkim krokiem, chciałam jak najszybciej znaleźć się teraz w swoim pokoju.
***
Wskoczyłam do łóżka, w domu przemknęłam niezauważona. Westchnęłam głęboko, zamykając oczy. Myślałam o swoim nowym koledze, o niezbyt przyjacielskiej Rose i o Kazu, który zatopił kły w mojej ręce. Później wpadłam na pomysł, by następnego dnia pojeździć konno, jednak znów przypomniało mi się, że mam obolałą rękę i mogłabym coś sobie zrobić galopując, bądź nieudolnie skręcając w prawo. Przekręciłam się. Chciałam już zasnąć, jednak nie czułam zmęczenia. Wgapiałam się w sufit, ściany, kołdrę i podłogę, gdy mój wzrok zatrzymał się na regale z książkami. Przypomniałam sobie słowa wiersza, na pierwszej stronie jednej z nich. ,, Złoty odcień oczu Twych, zmieni uśmiech w ostre kły " . Ten fragment, zapamiętałam najbardziej. Wysunęłam nogi spod kołdry, podniosłam się, siadając. Wyciągnęłam telefon spod poduszki, sprawdzając godzinę. Dwadzieścia trzy minuty po północy. Trudno. Wstałam, ruszyłam w stronę regału. Wyciągnęłam książkę z tytułem Wilcza Krew, idąc z nią do łóżka. Włączyłam nocną lampkę, i zaczęłam ją czytać. Było tam mnóstwo informacji o wilkach, o ludziach z wilczą osobowością, jakieś wiersze, zaklęcia i o dzieciach księżyca. Pisało tam o nich tyle, że dzieci księżyca uważa się za wilkołaki, jednak to co innego. Wilkołakami są ludzie pod klątwą, a ich przemiana w pełni księżyca jest niezwykłym utrapieniem. Wilkołaki nie znoszą swojej mocy. Zmieniają się w niekontrolowane bestie, gotowe do mordowania masowej ilości istnień, zwierząt i ludzi. Nie kontrolują myśli i czynów, są zupełnie kimś innym. Dzieci księżyca to ludzie z darem zmieniania się w wilka. Kiedy dochodzi do przemiany, wyglądają jak wilk, tylko że znacznie większy od przeciętnego wilka pospolitego. Kontrolują przemiany, i zostają ze swoją osobowością, więc nie zabijają nieumyślnie, a jeżeli już się to zdarzy, to z premedytacją. Mogą zmieniać innych ludzi w dzieci księżyca poprzez ugryzienie, które jest niezwykle bolesne, jednak nie każdy jest na to podatny. Nie każdy też potrafi rozróżnić zwyczajnego wilka od dziecka księżyca, gdyż są i tacy ludzie, którzy po przemianie osiągają wzrost normalnego wilka, tylko że mocniej zbudowanego. Książka pochłonęła moje dwie godziny, po których szybko zasnęłam.
***
Obudziłam się po dziewiątej, byłam nieco niewyspana. W ręce nadal trzymałam ,, Wilczą Krew ", którą szybko odłożyłam na miejsce. Ubrałam krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, po czym zmieniłam opatrunek. Ręka wyglądała już lepiej, niż wczoraj. Byłam zaskoczona, że tak szybko mi się goi. Zawinęłam ją w czysty bandaż, a chwilę później byłam już na dole w kuchni, czekając na śniadanie. Mama poinformowała mnie, że za chwilę wraz z Sarą, Rose i Kate jadą do miasta, zapytała również, czy chcę jechać. Odparłam, że nie.
Szybko zjadłam dwie kanapki, po czym wyszłam na dwór. Stanęłam na tarasie, rozglądając się dookoła. Szczerze liczyłam na to, że zobaczę gdzieś tu Matt'a, jednak wszędzie było pusto. Tylko Kazu przybiegł na powitanie. Zaczął się łasić o moją nogę, dopraszając się pieszczoch. Kucnęłam, tarmosząc go po gęstym, czarnym futrze.
- Co, dzisiaj już nie chcesz mnie chapnąć? - Powiedziałam do niego uśmiechnięta, głaszcząc zadowolonego psiaka po głowie. - Widocznie jesteś najedzony. - Podniosłam się, ciągle spoglądając na wspaniałego wilczura.
- Na wszelki wypadek uważaj, z nim to nic nigdy nie wiadomo. - Zaśmiał się ktoś za moimi plecami, a ja podskoczyłam prawie ze strachu. Odwróciłam się prędko, i zobaczyłam opierającego się ramieniem o futrynę drzwi Matt'a. Stał uśmiechnięty, wpatrywał się we mnie z uwagą. Uśmiechnęłam się szeroko, poprawiając włosy za ucho. Zrobiło mi się trochę głupio, że spotkał mnie akurat wtedy, gdy gadałam do psa.
- Ta... No wiem. - Prychnęłam zadowolona. Spuściłam głowę, spoglądając na zadowolonego Kaz'iego.
- Dobra, my jedziemy Jane. - Powiedziała mama, przechodząc obok Matta. Podeszła do mnie, uśmiechnęła się i dała mi buziaka w policzek. - Za jakiś czas będziemy.
- Okej. - Przytaknęłam, łapiąc się za tylne kieszenie spodenek.
Mama zeszła po schodach, odwracając jeszcze głowę w moją stronę.
- Na pewno nie chcesz jechać? - Powtórzyła pytanie. Pokiwałam przecząco głową, a mama się uśmiechnęła.
- No dobra, jak nie chcesz to nie. - Krzyknęła już z daleka, i wsiadła po chwili do samochodu. Razem wpatrywaliśmy się jak rusza czarny, wielki samochód ciotki, a za chwilę znika za drzewami.
- Idziesz ze mną do stajni? - Zapytał po chwili Matt, odrywając mój wzrok od drogi. - Potrzebuję pomocy przy Księciu. - Uśmiechnął się.
- Jasne. - Ucieszyłam się, i ruszyliśmy w stronę stajni. Szliśmy rozmawiając o koniach, ciotce i jej zwierzętach. Dowiedziałam się, że niedawno padła jego ulubiona klacz, Asabell.
- Miała dopiero 7 lat, ale dostała kolki i skrętu jelit. Weterynarz przyjechał za późno, i już nic nie dało się zrobić. - Opowiadał spokojnie. Jego głos był taki sympatyczny, że mimo przykrej historii, pragnęłam by mówił dalej.
- Przykro mi. - Szepnęłam, spuszczając wzrok z Matt'a.
W stajni czas zleciał jak oszalały. Oporządziliśmy konie, powygłupialiśmy się, pośmialiśmy. Opowiedział wiele ciekawych przygód, jak ta, kiedy Rose poślizgnęła się na... Odchodach Księcia. Myślałam, że nigdy nie przestaniemy się śmiać. Kiedy pozbierałam w sobie opanowanie i przestałam się chichotać jak oszalała, oglądałam Matt'a, który właśnie czyścił jednego z koni. Oparłam się o ścianę boksu, i uważnie obserwowałam każdy jego ruch. Robił to uśmiechnięty, co chwile zerkając na zaciekawionego moimi butami konia. Widać było, że konie go fascynują.
- Matt... - Zaczęłam niepewnie.
- No? - Zapytał, spoglądając na mnie.
- Ty i Rose... - W tym momencie spoważniał, zwalniając tempo w którym czyścił kasztanowego ogiera. Wpatrywał się w moje oczy, jakbym zapytała co najmniej o to, czy kogoś zamordował. - Jesteście parą? - Wydusiłam wreszcie. Matt przerwał czyszczenie, podszedł bliżej mnie i odłożył szczotkę, sięgając po ścierkę. Na jego rękach było teraz pełno sierści konia, więc wytarł je dokładnie, stając obok mnie i tak samo jak ja, oparł się o ścianę boksu.
- Nie do końca. - Powiedział, spoglądając na ziemię. - Dla Rose tak, jak dla mnie nie. - Sprostował szybko, znów się uśmiechając. Stałam tak zamyślona, nie zauważając, że Matt czekał na moją reakcję. Zastanawiałam się, jak długo się znają. Czy Rose jest w nim tak bardzo zakochana, jak wiele ich łączy i czy mam u niej minusa, czy nie.
- A co? - Uśmiechnął się szeroko, i puścił do mnie oczko. Mimo wszystko, właśnie zalała mnie potężna fala gorąca, i zaczęłam się szeroko uśmiechać.

2 komentarze:

  1. Świetna opowieść! Strasznie mi się podoba. Z niecierpliwością czekam na więcej! :)

    OdpowiedzUsuń