środa, 20 marca 2013

Przyjazd. - Rozdział 2

                                                                           ~JANE~
- Jane! - Krzyczała mama, wsadzając klucz w drzwi.
- Sekunda, no! - Byłam wkurzona. Wszyscy czekali na mnie z niecierpliwością, mieliśmy właśnie wyjeżdżać, a ja spakowałam wszystko, oprócz telefonu. Z niecierpliwością przetrzepałam kołdrę na łóżku, grzebałam w szuflach w biurku. I nic, nigdzie nie ma. Stanęłam na środku w pokoju, łapiąc się za głowę.
- Cholera... - Powtarzałam w kółko. Schyliłam się, zaglądając pod łóżko. Ujrzałam parę trampek i nic więcej.
- Jane, bo mnie zaraz szlag trafi! - Mama była chyba jeszcze bardziej zdenerwowana ode mnie. Stała w drzwiach z trzema torbami i reklamówką. Ona i jej masa rzeczy, oczywiście.
- Widział ktoś mój telefon?! - Krzyknęłam pytająco. Kate i tato siedzieli już w samochodzie, ojciec zaczął już trąbić.
- No ja Cię chyba trzasnę. - Powiedziała mama, odkładając swoje manatki. Przyszła do mnie do pokoju, spoglądając na mnie swoją straszną, wkurzoną miną. - Teraz sobie przypomniałaś, że telefonu nie masz?!
- No miałam go przy sobie, nie wiem gdzie jest...
- Świetnie. Brawo córcia. - Mówiła, zaglądając mi na półki na regale. Biegałyśmy jak oszalałe po pokoju, rozglądając się za moim znikającym telefonem.
- Masz już? - Zapytała, odwracając się w moją stronę.
- Nie... - Odparłam, spoglądając na drzwi. Ktoś właśnie wchodził do domu.
- Zaraz pojedziesz bez niego, i tyle. Nie będziemy teraz kilka godzin go szukać.
W tym momencie do pokoju wbiegła Kate.
- Idziecie? - Zapytała zdyszana. - Tato się wkurza.
- Zaraz, przecież ta ciamajda telefonu zapomniała.
- No Jezu, nie moja wina... - Zaczęłam się bronić. Jasne, że moja wina. Za nic nie pamiętam, gdzie go dałam. A bez niego nie będę mogła się kontaktować z Alice, przyjaciółką. To by był koszmar. - Był tutaj gdzieś...
- Tak, i sam zniknął.
- No, sam. - Prychnęłam. Mama spojrzała na mnie srogim wyrazem twarzy. Zaraz mi się oberwie - Pomyślałam od razu.
- Boże, Jane! Mówiłam, że pakuję nasze telefony do plecaka! - Świetnie. Teraz mi się oberwie. Za moją głupotę, bo zapomniałam, że Kate wzięła mój telefon ze sobą.
- Dziewczyny... - Mama zacisnęła zęby i zamknęła na moment oczy. - Do samochodu, już. - Mama wyszła pierwsza, szybkim krokiem dochodząc do swoich torb, znów łapiąc za klucze. Kate stała przede mną. Zbliżyłam się do niej, i dałam jej sójkę w ramię.
- Ał! - Krzyknęła cicho.
- Dzięki. - Syknęłam.
Ruszyłyśmy w stronę wyjścia. Mama stała zniecierpliwiona, ostatecznie ogarniając ręką włosy.
- No, dawać, dawać, dawać! - Pospieszała nas. Była już spokojniejsza, już się nie denerwowała tak bardzo.
- Idziemy przecież... - Jęknęła Kate.
Wyszłyśmy z domu. Przeszłyśmy szybko przez ogród, otworzyłyśmy bramkę i powoli wsiadłyśmy do czarnego mercedesa. Nie lubiłam tego samochodu, równie tak bardzo, jak klamki w drzwiach. On również do nas nie pasował. Pasował do naszego domku jednorodzinnego, ale nie do nas. Ruszyliśmy.
~
Do domu cioci jechaliśmy ponad 10 godzin. Tragedia.. Wiedziałam, że jedziemy daleko, ale nie aż tak. Kate zasnęła kilka razy po drodze, ja twardo siedziałam wgapiona w lasy które mijaliśmy.
Tak bardzo mnie ona fascynują... Nie jestem typową dziewczyną z miasta, niż powinnam. Kate taka jest, ja nie. Ja wolę oglądać naturę w jej naturalnym środowisku. A teraz możliwość spacerowania po lesie na wyciągnięcie ręki. Odjazd. O dziesiątej wieczorem dojechaliśmy na miejsce. Wjechaliśmy w pięknie oświetlone podwórko, otoczone czarnym ogrodzeniem. Dom był olbrzymi. Budowany z cegły, przed drzwiami taras, a wyżej widziałam może 3 oddzielne balkony. Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo dawno temu byłam tu ostatni raz. Ojciec zaparkował na podwórzu, a gdy wysiedliśmy, na tasie czekała już na nas ciotka Sara. Ciemne włosy, szczupła sylweta i czarna sukienka do kolan. W tym mroku wyglądała nieco przerażająco, ale tak właśnie ubierała się ciocia. Usta pomalowane szminką, cienie na oczach.
- Witajcie! - Krzyknęła szczęśliwa na nasz widok. Jak zwykle uśmiechnięta, zeszła z tarasu podchodząc w naszą stronę.
- Cześć ciociu. - Powiedziałam, a zaraz po mnie powtórzyła siostra.
- O jeju, ale dziewczynki wypiękniałyście! Kate, twoje oczy ewidentnie zaczynają przypominać oczy Twojego dziadka! - Zaczyna się. Przez najbliższe trzy dni, będzie gadanka o tym, jak ' urosłyśmy ' od ostatniego spotkania. - A ty, Jane. Słońce... Buzia ładna, włosy ładne, taka zgrabna, chudziutka! Pewnie się od chłopaków opędzić nie możesz, co? - Mrugnęła do mnie okiem.
- Broń Boże! - Zaśmiał się tato.
- Chris! No, no, ależ się... Postarzał! - W tym momencie i ja się zaśmiałam. Widząc skwaszoną minę ojca, to było nie do powstrzymania. - Ale w sumie... Niedługo dziadkiem zostaniesz, więc coś w tym jest. - Uśmiechała się ciągle.
- Dobra, dobra. Jak na razie, za młode są na dzieci.
- Dla Ciebie tak...
- Sara... - Skarciła ją mama. - Cześć. - Zmieniła temat. Przytuliła się do cioci, mocno ściskając. Wspaniały widok, gdy dwie siostry niemalże w tym samym wieku spotykają się po kilku latach rozłąki. Gdy zakończyły się obejmować, obydwie zaczęły wycierać oczy. Nic dziwnego, minęło jakieś 7 lat...
- No nie mogę, poryczały się... - Powiedziała pod nosem Kate.
- Zamknij się. - Uciszyłam ją.
- My też tak kiedyś będziemy się przytulać?
Spojrzałam na młodą, złapałam ją rękoma za ramiona. Zbliżyłam do niej głowę.
- Nie. - Odpowiedziałam, i ruszyłam po swoją torbę.
~
Wyciągnęliśmy swoje manatki, ciocia poprowadziła nas do domu. W środku okazało się, że było jeszcze piękniej. Wszędzie czysto i porządnie, panele i dywany, kominek i telewizor plazmowy. A to dopiero salon. Potem poprowadziła nas do swoich pokoi. Rodzice mieli pokój na parterze, a ja i Kate na piętrze. Oczywiście, każda miała swój osobny. Mój pokój był w sam raz dla mnie. Duże łóżko, obok biurko, wielka komoda, regał z książkami i duże okno, z białymi, półprzezroczystymi firanami, oraz duży parapet. Pierwsze co, podeszłam do wielkiego okna, sprawdzając widok. Widziałam tył podwórka, wyglądało jak polana, a tuż obok rozlegał się daleko las. Świetnie, o lepszy krajobraz bym nie prosiła. Po prawej stronie było widać stajnię - jednak aby zobaczyć ją w całej okazałości, trzeba by było otworzyć okno, i trochę się wychylić. Stajnia była wielka, choć z tego co wiem, zamieszkiwało ją jakieś 5 koni. Ciocia ma fioła na punkcie zwierząt, więc nie mogło zabraknąć koni, kilku pawich gołębi, trzech kotów, kanarka i dwóch psów - Jej ulubieńców. Byli nimi Kazu i Saba. Kazu był czarnym wilczurem, podobno rasowiec, ale mi się wydaje, że jest mieszanką owczarka belgijskiego z wilczakiem, bądź prawdziwym wilkiem. A przynajmniej wyglądem przypominał, charakteru nie znałam. Ostatni raz byłam tu 7 lat temu, a Kaz'iego ciocia ma od 3 lat. Odkąd go ma, mieszka on w budzie na podwórku. Zna tę okolicę jak nikt inny, biega po lesie całymi dniami. Ciekawe, czy ma pieńku w wilkami... Bardzo mnie to ciekawiło. Mimo to, ciocia dba o niego jak tylko się da. W domu rozrabia i bałagani, bezpieczniej i wygodniej jest więc na podwórku. Saba zaś, to niewielka suczka, chyba mieszaniec. W każdym razie, mieszka w domu, jest grzeczna i strachliwa. Ma śliczne, bladobłękitne oczy, stojące, wielkie uszy i maść marmurkową. Po prostu śliczna. Dogaduje się z Kazu, jednak ona boi się lasu - Wraca na zawołanie, Kazu często nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz