środa, 10 kwietnia 2013

Przerażenie. - Rodzidział 5.

                                                                           ~JANE~
  Chwilę później przyjechała mama z miasta, wraz z ciotką, siostrą i demonicą, więc rozeszliśmy się po pokojach. W sumie, to ja się pożegnałam i poszłam do domu. Nie chciałam, by Rose znów nas spotkała ze sobą. Ale nie dziwię się. Ja na jej miejscu, też bym była zazdrosna o Matt'a. Ten dzień był wspaniały, a szczególnie część w stajni. Wieczorem wzięłam na smycz Kazu, i ruszyłam z nim na przechadzkę po lesie. Widziałam pełno śladów łap, co mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się, że w pobliżu domu ciotki chodzi tyle lisów, jak i chyba wilków. Nie znałam się na tropieniu, ale ewidentnie porównując ślad łapy Kaz'iego i jednym z pozostawionych po jakimś zwierzęciu odcisku, odcisk zwierzęcia był prawie dwa razy większy, co mnie zmroziło. Musiały tędy często przechodzić jakieś dość duże wilki. Słońce zachodziło, a ja byłam w głębi lasu. Nie bałam się, absolutnie, ale obawiałam, że nie znajdę później drogi do domu, więc kierowałam się z powrotem w stronę powrotną. Kaz'iego spuściłam ze smyczy, a on jak wariat zaczął latać po lesie. Był szczęśliwy. Szczekał na dwa zające, które spotkaliśmy po drodze, później zawył na widok szopa, a na koniec pisnął, gdy wskoczył prosto w kolczaste krzaki jeżyn. Niestety w ostatnim jego popisie i ja musiałam poharatać nogi, wpakowując się w krzaki, aby go wyciągnąć. Jedna z jego łap utknęła między spróchniałym pieńkiem drzewa, a mocnymi gałęziami krzewu.
   Wróciłam z Kaz'im prosto na kolację, gdzie czekała na mnie już cała rodzina. I Rose. Przy stole przyglądała mi się z wielką nienawiścią w oczach. Dzisiejszego ranka dowiedziałam, się o niej, że tak na prawdę nie jest prawdziwą córką ciotki. Sara ją adoptowała kilka lat temu, i na początku było całkiem spokojnie, jednak od około 3 lat, Rose się zmieniła. Stała się bardziej tajemnicza, przestała jeździć konno, i bywało, że znikała nie wiadomo gdzie. Nie raz dostawała szlabany i zakazy od ciotki, jednak ta znikała i tak. Uciekała nadal. Wczorajszego wieczoru widziałam ją wędrującą po podwórku, zdaje mi się że później gdzieś zniknęła, nie słyszałam aby wracała do domu. Nie miałam prawa się w to mieszać, jednak zaciekawiło mnie to. To demonica, może miała swoje mroczne sekrety. Na przykład mordowała ludzi i zwierzęta. Nie zdziwiłabym się, jakby okazało się to prawdą. Nadziałam na widelec fasolkę, spoglądając co jakiś czas na Rose. Podniosła się nagle, łapiąc za swój talerz. Nie zjadła dużo, w sumie, to prawie nic. Może dba o figurę, kto to wie. Zaniosła naczynia do kuchni, wytarła ręce w ściereczkę i znów podeszła do stołu. Posłała łagodny uśmiech, zatrzymując swój wzrok na cioci.
- To ja już pójdę. - Odezwała się, swoim cichym i delikatnym głosem. Jego ton był na tyle delikatny i wrażliwy, że wzbudzał podziw. - Dziękuję za kolację, było pyszne.
Zazdrościłam jej wielu cech. Była bardzo ładna, miała długie, lekko zakręcone włosy i delikatną cerę. Ubierała się zawsze elegancko i ładnie, ale tak w sam raz, zawsze wyglądała zniewalająco. Miała śliczne, piwne oczy, które nieco podchodziły pod złote. Ich zazdrościłam jej najbardziej. No, i Matt'a.
- Nie zostaniesz z nami? - Zapytała nieco zaskoczona ciotka, spoglądając na swoją córkę.
Rose pokiwała przecząco głową, nie przestając się uśmiechać. Wyglądało, jakby buchała z niej radość i szczęście, jednak mimo wszystko, dla mnie buchała od niej złość i nienawiść.
- Upewnię się, czy stajnia jest zamknięta. Co prawda Matt ją zamykał, jednak ostatnio bywa rozkojarzony. - Spuściła wzrok. - Nie chcemy przecież, żeby jakiś wilk wdarł się do środka. - Rose podniosła wzrok, wpatrując się swoimi niesamowitym spojrzeniem prosto w moje oczy. Spoważniała. Jej mina znów stała się pełna nienawiści. Tylko dlaczego miałam wrażenie, że ta jej cała nienawiść spływa tylko i wyłącznie na mnie?
- Jane, idziesz ze mną? - Zamarłam. Słysząc te cztery wyrazy wymówione jej dźwięcznym głosem, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Moje spojrzenie powoli wylądowało na mamie, która mrugnęła do mnie dając tym samym znak, bym się zgodziła. Z jej wyrazu twarzy padały słowa ,, No idź, zaprzyjaźnicie się! " , jednak ja wiedziałam, że nie skończy się to najlepiej.
- Pewnie.
  Odłożyłam widelec, podnosząc się z krzesła. Rose ruszyła w kierunku drzwi, a ja zabrałam swoje naczynia i wyniosłam je powoli do kuchni. Wracając, zerknęłam znów na Rose, która stała już przy otwartych drzwiach do zimnego i ciemnego podwórka. Co najdziwniejsze, noce tutaj naprawdę były zimne, mimo, że był środek lata. Nie rozumiałam tego, ale tłumaczyłam sobie to tak: To jest niezwykłe miejsce, więc i dzieją się tu niezwykłe rzeczy. Chwilę później szłyśmy słabo oświetlonym podwórkiem. Na ścianie domu widniało kilka, ładnie przyozdobionych lamp, które niestety kiepsko odgrywały swoją rolę. Droga była na tyle widzialna, że się nie potykałam, ale na tyle było ciemno, by nie zauważyć co się działo z Rose. Po chwili zatrzymała się, stając w bezruchu. Początkowo się uśmiechała, jednak jej uśmiech szybko zanikł. Skuliła się na trawie, jakby bolał ją brzuch. Szczerze mówiąc, nieco nie wystraszyłam. I to nie o siebie, tylko bałam się o nią. ,, Poszła z Jane do stajni, wróciła w stanie ciężkim ", krążyły mi słowa ciotki po głowie. Zaczęła lekko stękać, co sprawiło, że poczułam ciarki na plecach. Dreszcze przechodziły po całym moim ciele. Rose upadła rękoma na ziemię, kolanami gniotąc trawę. Jej letnia sukienka była już wybrudzona od trawy, co na pewno zmniejszyło atrakcyjność sukienki. Podeszłam powoli do zaciskającej już w pięści dłonie, starając się zrozumieć, co się dzieje.
- Rose? - Przykucnęłam obok niej, słysząc wyraźnie, jak głośno dyszy. Tego nie można było nazwać oddechem. To było dyszenie. Oddychała jakby po raz pierwszy od kilku minut  zaczerpnęła powietrza, po chwili dodając chrapliwe, miarowe dźwięki.
- Kurczę, Rose? Nic ci nie jest?
  W tym momencie demonica podniosła gwałtownie głowę, spoglądając swoimi oczami. Były złote, jednak bardziej intensywne niż zawsze. Nie były piwne. Teraz były złote, jakby założyła właśnie soczewki. Zrobiła wściekłą minę, po czym złapała mnie za nadgarstek, niemalże go miażdżąc. Ciśnienie skoczyło mi jak tylko się dało, miałam wrażenie, że wybucham od środka. Moją pulsującą krew czułam na całym ciele, jakbym nie była sobą. Poczułam ogień. Ogień, w którym płonęłam od środka. A to wszystko od zaciskającej się na moim nadgarstku ręki Rose, której wściekła mina zaczęła się zamieniać w szyderczy uśmiech. Teraz miałam w głowie tylko jedną myśl... Chciała mnie zabić. Szarpnęłam odruchowo ręką, starając się uwolnić z uścisku, jednak im bardziej się szarpałam, tym ręka dziewczyny zaciskała się mocniej. Wydałam z siebie coś w stylu ,, Puść mnie! ", jednak z nadmiaru stresu nie brzmiało to tak, jak miało brzmieć. Rose powoli się podniosła, wykrzywiając mi rękę, ciągle wpatrując się w moją twarz. Sprawiało jej radość, widok mojego bólu. Czerpała z niego wielką zabawę, gdy ja, sparaliżowana nie mogłam skupić się na niczym. Jeszcze nigdy nie czułam, by ktoś trzymał mnie równie mocno. Przerażona odpuściłam sobie szarpaninę, zamknęłam oczy. Czekałam na śmierć. Nie wiedziałam co się z nią stało, a raczej czym się stała, ale wystarczająco mocno się jej bałam. Nagle, jak grom z jasnego nieba, usłyszałam za sobą czyiś krzyk. Nim się obejrzałam, mogłam ruszać ręką. Zostawiła mnie, oswobodziła uścisk. Wystraszona zaczęłam uciekać w stronę drzwi, pędząc przed siebie jak nigdy. Jednak zanim skręciłam za róg, zatrzymałam się. Odwróciłam głowę, i zobaczyłam jego... To Matt. Krzyczał na Rose, przytrzymując ją jednocześnie. Jego ciemne włosy, wspaniała sylwetka. I błękitne oczy, które nie opuszczają moich myśli. Nie jedna nastolatka chciałaby z nim chodzić, szczególnie, że przypomina styl subkultury emo. Racja, ja też chciałabym z nim być. Ale nie było czasu na rozmyślanie. Znów się odwróciłam, wbiegając pędem do domu, wzbudzając tym poruszenie u domowników. Pędząc po schodach nie dbałam o to, by zamknąć za sobą drzwi. Chciałam uciec. Zamknąć się i czuć się już bezpieczniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz