niedziela, 14 kwietnia 2013

Pamiętnik. - Rozdział 8

                                                                           ~JANE~
- Cholera. - Szepnęłam, czując ciarki na plecach. Wilk stał nieruchomo, obserwując każdy fragment mojego ciała. Wyglądało to, jakby mnie podziwiał, jednak na to nie liczyłam. Nie było zgodne to z jego naturą, jednak to dotarło do mnie dopiero po kilku, bardzo długich minutach. Nie wiedziałam czy mam uciekać, czy podejść bliżej, co bardziej mi odpowiadało. Nie mogłam się napatrzeć na jego smukłe, długie nogi, puszystą sierść i niebieskie oczy. Co najciekawsze, jego oczy były naprawdę błękitne, co chyba nie zdarzało się u wilków. Zazwyczaj ich ślepia były złote bądź szare. Ale nigdy nie widziałam wilka, o takim niesamowitym wyglądzie, z pewnością odstawał od typowego, przeciętnego wilczura. Zdawało mi się że ta chwila trwa wiecznie, szczególnie ze świadomością, że zaraz mogę zginąć. Dla takiego wilka, to nie byłoby nic trudnego wgryźć mi się w kark, w trzy sekundy padłabym martwa na ziemię. Jednak takie wyobrażenie sprawiło, że jeszcze bardziej poczułam się zestresowana, co z kolei musiał wyczuć wilk, gdyż zrobił krok w moją stronę. Czekałam na jego atak. Nie wiem czemu, stało się to dla mnie oczywiste. Serce załomotało mi głośniej niż zwykle, a w lesie robiło się coraz ciemniej, i zimniej. Nagle wilk poruszył się ponownie, tym razem zaczął się wycofywać, nie spuszczając ze mnie swojego wzroku. Dopiero teraz zauważyłam, że jego oczy były smutne. Prosiły mnie o coś, jednak ja nie potrafiłam z nich nic odczytać, co wprawiało mnie w jeszcze większe zakłopotanie. Wilk spuścił wzrok na ziemię, po czym odwrócił się ode mnie, i kilkoma dużymi susami znikł w gęstwinie lasu. Zrobił to tak lekko, idealnie i pięknie, że nie mogłam się oderwać spojrzeniem od punktu, w którym znikł mi z pola widzenia. Nie zorientowałam się, że zrobiło się już naprawdę ciemno, co tylko pogorszyło moją sytuację. Wilk. Tylko to słowo krążyło mi po głowie.
  Tej nocy nie mogłam zasnąć. To było takie ekscytujące, że zobaczyłam to piękne stworzenie, że ujrzałam jego piękne, pełne smutku i rozpaczy oczy, jego ciemne futro, które pragnęłam przytulić. A później myślałam o Matt'cie, który zniknął mi z oczu. Przemknęła mi nawet myśl, że... Że to mógł być on, ale to było niemożliwe. Nie miałam już 6 lat, nie mogłam wierzyć w bajki o... Jakby to nie zabrzmiało, o wilkołakach. Uśmiechnęłam się, gdy pomyślałam o tym. O tym, że stał przede mną w wilczej postaci. Taki dumny, piękny i ... Smutny.
- Oszalałam. - Szepnęłam do siebie, odwracając się w stronę ściany. Zasnęłam.
   Następnego dnia Matt znów się nie pojawił. Pół dnia spędziłam w stajni, a wieczorem znów weszłam do lasu, w to miejsce gdzie wczoraj. Nie było ani Matt'a, ani wilka. Była za to Rose, spoglądająca na mnie przez okno w kuchni. Była Kate patrząca na mnie wrogo, nadal obrażona za to, że nie powiedziałam co się stało prawie tydzień temu. Była jak zwykle rozweselona mama, ojciec i ciotka. Dwa wesołe psy, i kilka koni w stajni.
   Byłam ja.
   I byłam bez niego.
   Tego dnia czułam niesamowitą pustkę, potrzebowałam go. Coraz częściej wspominałam jego, i coraz częściej wspominałam wilka, a najczęściej wspominałam wrażenie, że byli jedną, tą samą istotą. Przestałam uważać to za głupotę. A jeżeli Rose też była człowiekiem - wilkiem? To by była idealna odpowiedź tłumacząca jej zachowanie. Innego pomysłu nie miałam.
   Minęły kolejne trzy dni. Coraz częściej myślałam o Matt'cie, o Rose, o wilku i o lesie. Można było rzec, że oszalałam. Zaczęłam w to wierzyć. W pięknego wilka, w Matt'a. W Matt'a, który był pięknym wilkiem. W oczy, które mieli takie same. Tak samo smutne. Czy to właśnie mi chciał przekazać? Że jest wilkiem? Dlatego znikał? Czy przemieniał się co kilka dni, i musiał to trzymać w tajemnicy? Tego popołudnia siedziałam zamknięta w pokoju. Czułam się tak samotnie, że zaczęłam wracać wspomnieniami do dni sprzed przyjazdu tutaj. Byłam jeszcze normalna, teraz zaczęło mi odbijać. I to nie tylko przez chore wyobrażenia wilkołaków, ale na punkcie chłopaka. Poczułam ciarki na plecach. Alice... Nie odzywałam się do niej od czasu, gdy przyjechałam tutaj. Przez 12 dni nie dawałam znaku życia, jednak ona też nie raczyła uszczęśliwić mnie napisaniem jakiegokolwiek sms'a. Zadzwoniłam do niej, jednak włączyła się poczta. Znużona rzuciłam telefon na drugą stronę łóżka, zamykając oczy. Skwar za oknem robił się nie do zniesienia. Jeszcze tak gorąco nigdy mi nie było. Po kilku marudnych westchnieniach, ktoś zapukał do mnie do pokoju, po czym otworzyły się drzwi. Chciałam właśnie niemile upomnieć się, że nie dałam pozwolenia na wejście, jednak widząc go, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. To Matt, stał w drzwiach w szarym podkoszulku, a gdy tylko wszedł, poczułam się wspaniale. Zamknął za sobą ostrożnie drzwi, i wpatrywał się we mnie,  czekając aż się odezwę.
- Znów zniknąłeś... - Szepnęłam niepewnie, spoglądając na telefon leżący na łóżku. Matt zbliżył się, i usiadł obok mnie na łóżku, a ja poczułam na ciele gęsią skórkę. Czułam, że chciałby mi coś powiedzieć, ale się boi. A przynajmniej to wywnioskowałam po jego minie.
- Jane... - Zaczął mówić, a ja nie miałam zamiaru mu w tym przerywać. Tak bardzo tęskniłam za jego głosem... Mimo tego, zamiast mówić dalej, wyciągnął w moją stronę jakiś czarny, gruby zeszyt, ze złotymi ozdobieniami. Wzięłam go ostrożnie do ręki, przeglądając jego strony. Był pusty.
- Co to?
Matt podciągnął się dalej na łóżku, opierając się teraz o ścianę. Uśmiechnął się lekko, znów kierując na mnie wzrok.
- Kiedy jest mi czasami źle... Albo chce mi się krzyczeć... - Spojrzał mi w oczy, jak jeszcze nigdy na mnie nie patrzył. - Albo po prostu śmiać... Piszę. To mnie uspokaja, widzę swoje myśli przelane na kartkę, i czuję się lepiej. - Spojrzał na zeszyt który kurczowo trzymałam w rękach. - Może i ty powinnaś... Wszystko... - Przerwał, znów stając się poważny. - O czym myślisz...
Teraz zrobiło mi się gorąco, bo wyglądał jakby znał moje myśli przez najbliższy tydzień. Jakby wiedział, że to " o czym myślę " przez ostatnie dni, to on. Podniosłam się, podchodząc do okna, odwracając się znów w jego stronę. Zmieniłam temat, by uniknąć jakiejś niemądrej odpowiedzi na jego słowa.
- Dlaczego znikasz? - Zapytałam wprost, oczekując nareszcie sensownej odpowiedzi. - I co miałeś na myśli ostatnim razem, gdy się o to zapytałam?
Matt zamknął oczy. Wyglądał teraz tak wspaniale, że miałam ochotę zrobić mu zdjęcie, a potem zrobić setki kopii i obkleić nimi cały pokój. Po chwili jego oczy, znów pełne żalu zabłyszczały, a on podniósł się z łóżka. Podszedł do drzwi, i chwycił za klamkę.
- Nie mogę Ci powiedzieć, wybacz. - Zauważyłam, że zacisnął pięści. Zaniepokoiło mnie to, jednak mimo niewielkiego lęku podeszłam szybko do niego, zamykając z powrotem drzwi, tym samym zakazując mu wyjścia.
- Matt, do cholery. - Syknęłam nieco zdenerwowana, chcąc zmusić go do odpowiedzi.
- Za często powtarzasz to słowo. - Uśmiechnął się, jakbym właśnie opowiedziała jakiś zapomniany dowcip.
- Słucham? - Nie zrozumiałam jego reakcji. Bardziej liczyłam na to, aż powie ,, Jane, jestem wilkołakiem. " , niż zacznie łapać mnie za słówka.
- Cholera. - Powiedział rozbawiony. - Często to powtarzasz. - Uśmiechnął się, a jego smutne oczy odżyły na moment. Zmarszczyłam czoło, starając się za nim nadążyć. Jednak już dłużej nie miałam zamiaru, dałam się temu ponieść. Odwzajemniłam uśmiech, odsuwając się kawałek, aby zobaczyć lepiej w pełni jego piękny blask. Już wiem, dlaczego za nim latałam. Każdy jego uśmiech sprawiał, że czułam się spełniona. Każde słowo przez niego wypowiedziane, choćby nie wiem jak głupie, budziło we mnie zachwyt. A każdy jego dotyk, przyprawiał mnie o ciarki na całym ciele. Musnął mnie koniuszkiem palca po dłoni, po czym dodał:
- Do jutra. - Otworzył drzwi. Już po chwili, z ciągłym, pełnym blasku uśmiechem zniknął za zamykającymi się drzwiami.

Głupota. - Rozdział 7

                                                                           ~JANE~
  Cały wieczór spędziłam przeglądając po raz kolejny książkę ,, Wilcza Krew ", na zakurzonym regale, jednak sama do końca nie wiedziałam, czego tak naprawdę szukam. Zamknęłam delikatnie książkę, i musnęłam ostrożnie koniuszkami palców po jej tytule. Okładka była ciemna, skórzana, a jej tytuł miał złotą barwę. Kartki książki były widocznie stare, pożółkniałe i nieco zniszczone. Na pewno książka była kiedyś często używana. Teraz leżała, nikomu nie potrzebna na starym regale, upchnięta między innymi książkami. Westchnęłam głęboko i podniosłam się z łóżka, zaciskając w ręce ,, Wilczą Krew ". Odłożyłam ją na biurko, zbliżając się do regału. Niestarannie przeczesałam wzrokiem grzbiety książek, wyszukując jakiegoś ciekawszego tytułu, jednak nic z tego. Większość z nich miała tematykę wojenną i historyczną, co raczej nie pomogłoby mi w zrozumieniu Matt'a i Rose. Nieco podirytowana brakiem odpowiedzi na moje pytania, podeszłam do okna, spoglądając na las. Wilki... Czy mogło to być z tym związane? Może... Została pogryziona, i ma teraz jakieś traumatyczne wspomnienia? Ale to byłoby sprzeczne z rzeczywistością, w której Rose znikała na kilka dni w lesie. Skoro się ich bała, nie miałaby odwagi tam wkraczać. A ze śladów które widziałam niedaleko domu mogłam wywnioskować, że wilki tutaj często goszczą. Co znów wydało mi się dziwne, bo z reguły są to skromne i ciche zwierzęta, z daleka omijające tereny zamieszkiwane przez ludzi. Może coś je tu zwabiało? Może szukały tutaj jedzenia? Mimo wszystko odnosiłam wrażenie, że wilkom w lesie nie brakowało pożywienia pod postacią sarn, dzików czy zajęcy. Może Rose ma jakiegoś oswojonego wilka, którego ukradkiem karmi? To chyba byłoby w miarę najnormalniejsze wytłumaczenie. Jednak to z kolei nie tłumaczyło zachowania demonicy. Moje myśli zatrzymały się przy wilku, który odwiedza co wieczór to podwórko. Z mojej głowie miał szaro - srebrzystą sierść, ubłocone łapy, przesiąknięty zapachem krwi pysk i błyszczące, pełne odwagi oczy. Widziałam go jak snuje się po ciemnym podwórku, nie płosząc z ostrożnością koni, nie budząc Kaz'iego. Jego ostrożne i delikatne kroki, jego ciepły oddech na rześkim powietrzu... Miałam bogatą wyobraźnię, która dała by o sobie jeszcze bardziej znać gdyby nie nagłe krzyki rozbrzmiewające za oknem. Szybko wróciłam do swojego pokoju, do parapetu na którym przysiadłam, i spoglądałam teraz wlepiona w szybę za zewnątrz. Po raz pierwszy po tylu dniach zobaczyłam Rose, która kłóciła się z Sarą. Stał za nią lekko zgarbiony Matt, wpatrujący się gdzieś w dal, jakby wcale go tam nie było. Nic nie mogłam zrozumieć z ich konfrontacji, jednak przypuszczałam, że znów chodziło o jej zniknięcie. Szczerze mówiąc, nie dziwię się cioci. Pewnie zamartwiała się na śmierć, ale była do tego przyzwyczajona z tego, co słyszałam. Rose stała pewna siebie, udając, że nie słyszy słów matki. Wyglądała na zadowoloną z siebie, z wybornym humorem. Widząc ją taką pewną siebie, zacisnęłam dłonie w pięści, w mojej głowie właśnie ją mordowałam. Tak bardzo wzbierała się we mnie złość, że byłam niemal bliska wybicia szyby w oknie, zeskoczenia na dół i rzucenia się jej do gardła. Moją wspaniałą myśl przerwało spojrzenie Matta w moje okno, które prawie zwaliło mnie z nóg. Posłał mi szczery, lekki uśmiech, i skinął głową, wskazując nią na las. Po chwili jego wzrok wylądował na Sarze, Rose, a kilka sekund później już odwrócony, kierował się prosto w ścianę lasu. Co jak co, ale to zrozumiałam. Miał nadzieję, że pójdę za nim do lasu. Świetnie. Słońce zachodziło, robiło się chłodniej niż za dnia, Rose na dole sprzeczająca się z ciotką, a ja jakby nigdy nic mam ot tak wejść w las, za chłopakiem, o którym nie wiedziałam zbyt wiele? Bardzo dobry pomysł. Mimo wszystko, niemal natychmiast rzuciłam się w kierunku drzwi. " To szaleństwo " powtarzałam w myślach zbiegając ze schodów, jednak na myśl o każdej wspólnie spędzonej chwili z Matt'em robiło mi się cieplej na sercu.
- Jane? - Rzucił ktoś jakby zaskoczony zawrotną prędkością z którą biegłam, jednak nawet się nie odwróciłam. Otworzyłam szybko drzwi, zatrzaskując je za sobą. Może nie było to zbyt grzeczne, ale bałam się, że Matt w lesie zniknie za szybko, bym mogła go dogonić. Mimo tego, po zejściu z tarasu zwolniłam, i szłam już całkiem spokojnie, jakbym spacerowała. Wiedziałam, że za rogiem jest Rose, to oczywiste. Wyłoniłam się niepewnie zza rogu ślicznego domu, szybko spostrzegając demonicę i ciotkę. Prawie tak szybko, i ona ujrzała mnie, zmieniając wyraz twarzy na jeszcze bardziej zadowolony. Jej kąciki ust ułożyły się teraz w ironiczny uśmiech, kierujący się w moją stronę. Udając, że to na mnie nie działa, przeszłam szybko obok awantury jakby nigdy nic. Rose chyba nie oglądała się za mną, gdyż nadal słyszałam zdenerwowaną ciotkę wypominającą jej, że zachowuje się jak nieposłuszny szczeniak. Co najciekawsze, rozbawiło mnie to. Rose, idealna na pozór, niegrzeczna jak mały, gapowaty szczeniak. Stres jakby minął, nie bałam się już, że demonica zaraz rzuci się w moim kierunku by dokończyć to, co zaczęła pięć dni temu. Powoli przekroczyłam granicę między lasem a podwórkiem, powoli dążąc za śladem Matt'a.
- Jane? Gdzie ty idziesz? - Usłyszałam głos ciotki, tak samo zdenerwowanej jak przed chwilą. Fakt, że jest teraz rozdrażniona zmniejszał moje szanse na wejście w dalszą część lasu. Zatrzymałam się i dopiero teraz do mnie dotarło, jaką głupotę właśnie zrobiłam. Na jej oczach, gdy zapadał już zmrok, wchodziłam sama do lasu. Nic głupszego zrobić już nie mogłam.
- Ja... - Zająknęłam się, szukając jak najszybciej sensownej odpowiedzi. - Idę tylko tutaj, kawałek dalej. Zapomniałam czegoś, jak spacerowałam z Kaz'im. - Wszystko mówiłam na pośpiechu, kłamiąc jak z nut. Spoglądając na ciotkę zauważyłam podejrzliwość, jaka widniała na jej twarzy. Po chwili uśmiechnęła się lekko znów wyglądając jak przedtem, co z pewnością sprawiło że poczułam się pewniej. No, prawie. Bo ciemnowłosa bestia stojąca obok niej wbijała we mnie swoje potworne spojrzenie, nie spuszczając ze mnie ani na chwilę wzroku.
- Dobrze, tylko szybko. Zaraz zrobi się ciemno, i będzie problem. - Dodała spokojniej, jakbym nie wzbudzała żadnych podejrzeń. Przytaknęłam lekko głową, szybkim krokiem wchodząc w las. Spostrzegłam, że dookoła było już szarawo, nie widziałam już wszystkiego tak dokładnie. Nieco zestresowana szukałam wzrokiem sylwetki Matt'a, jednak dookoła było pusto. Zaczęłam powoli biec, zahaczając po chwili nogą o prawie nie do zauważenia, wystający z ziemi korzeń, co zakończyło się upadkiem prosto na runo leśne. A dzięki mojemu niezwykłemu szczęściu, upadłam prosto na pokrzywy. Podrażniły moją lewą rękę, która natychmiast dała o sobie znać i piekła jak oszalała.
- Cholera jasna... - Wycedziłam przez zaciśnięte zęby, starając się podnieść tak, by nie poparzyć się tym zielskiem po raz kolejny. Stojąc już na nogach stwierdziłam, że nie mam sensu iść dalej. Nawet jakbym spotkała dalej Matt'a, spaliłabym się ze wstydu. Wywalić się tak na starcie, to mogłam tylko ja. Przetarłam sobie kolano, miałam rękę całą w bąblach oraz trampki w stanie makabrycznym. - Niech to szlag. - Tym razem zabrzmiałam jeszcze gorzej, zdenerwowana ze swojej porażki. Podniosłam jednak wzrok, i spojrzałam automatycznie przed siebie, chcąc jeszcze raz sprawdzić, czy przypadkiem nikt nie widział mojego wypadku. Serce zamarło, tętno przyspieszyło. Ręka momentalnie przestała szczypać, a w mojej głowie zrobiło się niespotykanie cicho. Około dwudziestu metrów przede mną, stał dumnie, rudo-brązowy wilk, wpatrujący się we mnie z ciekawością w oczach.

sobota, 13 kwietnia 2013

Zakłopotanie - Rozdział 6

                                                                           ~JANE~
Leżałam na łóżku przerażona, w zamkniętym pokoju, bijąc się z myślami. W pewnym momencie naszła mnie nadzieja, że to sen. Cały dzisiejszy wieczór oraz atak Kaz'iego. Bo nie można było tego inaczej, w miarę logicznie wytłumaczyć. Byłam wściekła i przestraszona, nie wiedziałam o co mogło w tym wszystkim chodzić. A może tak działała moja wyobraźnia? Ktoś zapukał jeszcze tego dnia do drzwi, jednak nie miałam najmniejszego zamiaru ich otwierać. Może to był Matt? Trudno, ostatni raz gdy go widziałam nie wyglądał na... Na takiego, jaki był w stajni. Wspominając to miałam na całym ciele dreszcze, które sprawiały, że moje drobne włosy na karku stawały dęba. Byłam ciekawa, kim była Rose. Kim, bądź czym ona była, bo nie była człowiekiem. Może miałam rację, była wysłannicą diabła? A może była krwiożerczym wampirem, który czując moją ciepłą krew pulsującą w żyłach, nie wytrzymał i rzucił się do ataku? To by tłumaczyło jej zachowanie oraz złote oczy, które budziły we mnie pewien respekt. Noc spędziłam w zamyśleniu, analizując zaistniałą sytuację, każde słowo które wypowiedział Matt. I ten okropny charkot, który wydawała z siebie Rose. Nawet do mnie nie przyszła, aby wyjaśnić co się stało. Szczerze liczyłam na to, że wróci za mną do domu. Tymczasem pukanie do drzwi ustało po kilku sekundach, a Rose nie pojawiła się w domu przez najbliższe pięć dni. Wydało mi się dziwne, że Sara nie denerwuje się zniknięciem córki, Matt nie pojawiał się przez ten czas w stajni, ani na podwórku. Tylko raz, Kate zapytała mnie co się stało tamtego wieczoru, jednak ja uniknęłam odpowiedzi, po prostu ją ignorując. Obraziła się na mnie za tą zniewagę, jednak nie interesowało mnie to na tyle, bym odważyła się ją przeprosić. Wszyscy jakby o tym zapomnieli, a Rose i Matt zniknęli z powierzchni ziemi. Może oni są parą, może uciekli gdzieś razem... - Powtarzałam sobie w myślach. Niby starałam się to przyjąć do wiadomości i udawać brak zainteresowania, jednak ciężko było znieść myśl, że chłopak który mi się podobał, jest gdzieś daleko ode mnie, z dziewczyną która chciała mnie zamordować.
- Jane? - Odwróciłam głowę błyskawicznie, rozpoznając ten wyraźnie piękny dla mnie głos. Ujrzałam Matt'a, wchodzącego do stajni. Jak zwykle pogodny i uśmiechnięty, zbliżył się do mnie i Księcia, którego odwiedzałam codziennie rano. Wieczorami bałam się tutaj zaglądać, przez sytuację sprzed pięciu dni. Nauczyłam się też rozglądnąć dookoła, zanim zdecyduję się wyjść za dwór. Stojąc na tarasie, z przerażeniem w oczach wypatrywałam czającej się na mnie Rose, która jakby zniknęła z naszego życia. Mimo wszystko za każdym razem czułam jej obecność, choć jej nigdzie nie widziałam. Widząc stojącego przede mną chłopaka, mimowolnie uśmiechnęłam się odwracając wzrok na karego ogiera. Na to właśnie czekałam. Aż ujrzę go tutaj, przy koniach.  Mruknęłam pod nosem coś na wzór " Hej ", jednak brzmiało to bardziej jak jęknięcie, niż jak optymistyczne powitanie. Kątem oka zauważyłam, że Matt przestał się uśmiechać. Wpatrywał się w zamyśleniu gdzieś w ziemię, jakby przeniósł się świadomością gdzie indziej, do innego świata. Stał tak lekko przygarbiony, nie odzywając się ani słowem.
- Zniknąłeś. - Szepnęłam, gładząc po chrapach konia widocznie zadowolonego naszym towarzystwem. Powiedziałam to na tyle cicho, że sama ledwo siebie zrozumiałam, jednak miałam wrażenie, że Matt słyszał to równie dobrze, co Książę, który skierował jedno ucho w moją stronę. Nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy, więc udawałam, że jestem zajęta rozczesywaniem palcami grzywy konia.
- Musiałem... - Zaczął powoli, nie odrywając wzroku od ziemi. - Coś załatwić. Rodzinne sprawy. - Dodał z przekonaniem w głosie, jednak po chwili domyślił się że nie uwierzyłam w jego słowa, gdy zauważył moją minę. Ważne sprawy rodzinne, z Rose? Nie chciało mi się jakoś w to wierzyć.
- A Rose? - Powiedziałam głośniej, jednak wymawiając jej imię głos załamał mi się, jakbym miała się zaraz rozpłakać. Nieco się speszył słysząc moje pytanie, jednak nie dostałam odpowiedzi. Znów wgapiałam się w konia, z trudem odrywając od niego wzrok. Po co ja z nim właściwie rozmawiam? Ostatnio pokazał mi, że muszę uważać na tutejszych ludzi. Przypomniałam sobie jego groźny ton głosu, uspokajający Rose. On też był w to zamieszany. Może on też planuje mnie zabić? A przynajmniej skrzywdzić. Bałam się, bo nie wiedziałam czego mam się po nim i jego dziewczynie spodziewać. Jeżeli Rose w ogóle była jego dziewczyną, bo z tego co mi tłumaczył, to ,, Nie do końca ". A z drugiej strony nie wiem, czy powinnam mu w cokolwiek wierzyć, czy też nie. Poczułam złość. Nie był ze mną szczery, a po ataku Rose nawet nie przyszedł i nic nie wyjaśnił. Nie pomógł mi, gdy byłam przerażona wyjściem z pokoju. A powinien, skoro tak dzielnie mi towarzyszył przez poprzednie dni. Wyszłam ze stajni, zostawiając go za sobą, stojącego przy Księciu. Nasłuchiwałam czy za mną idzie, jednak nic na to nie wskazywało. Czyli jednak jestem walnięta, bo nic nie rozumiem. A on widocznie nie miał odczucia, że musi mi cokolwiek wyjaśniać.
- Jane, poczekaj. - Kamień z serca. Słysząc jego słowa, zatrzymałam się od razu. Zrobiłam to jednak za szybko, pewnie się zorientował, że tylko na to czekałam. Powiedz mi, co tu się dzieje. Powiedz! - Krzyczałam w myślach. - Naprawdę musiałem odejść na te kilka dni. Są problemy z... - Przerwał zmieszany, podchodząc powoli w moją stronę. Stałam już do niego odwrócona, wsłuchując się w jego delikatny i ciepły głos. - Z moim ojcem. - Dodał, stojąc już ze mną twarz w twarz.
To wszystko? Naprawdę, nie miał mi nic więcej do powiedzenia? A na przykład ,, Wybacz za Rose, ona zapragnęła po prostu Twojej krwi " ? Nic? Zupełnie? Stał tak i wpatrywał się w moje oczy, jakby czytał mi w myślach.
- Co tu jest grane, Matt? - Powiedziałam nieco zestresowana jego bliskością, przełykając ślinę. - Co to było, wtedy... - Opuściłam głowę ku ziemi. - Z Rose...
Szeptałam, jakbym pragnęła by nikt tego nie usłyszał. On stał przede mną w bezruchu, wyglądając znów na zamyślonego.
- Proszę, domyśl się sama... - Powiedział cicho, ledwie słysząc te słowa. - Ty sama znasz na to odpowiedź... - W tym momencie jego słowa zabrzmiały jak rozpaczliwe wołanie o pomoc, co sprawiło, że serce zaczęło mi mocniej bić. Co on miał na myśli? Czego ode mnie oczekiwał? Liczyłam na prostą odpowiedź ale było jasne, że bezpośrednio od niego jej nie uzyskam. Matt odwrócił się ode mnie, przechodząc obok stajni. Stałam jak wrośnięta w ziemię, czekając, aż stracę go z oczu. Wszedł w las, po chwili znikając za drzewami.
Znów zaczęłam myśleć nad ostatnim dniem, gdy widziałam Rose. Nad jej dziwnym zachowaniem, nad ciągłym zamyśleniem i lękiem w oczach Matt'a, oraz nad lasem, który pochłonął go przed chwilą w swojej głębi. I nagle jedna myśl. Książka.

środa, 10 kwietnia 2013

Przerażenie. - Rodzidział 5.

                                                                           ~JANE~
  Chwilę później przyjechała mama z miasta, wraz z ciotką, siostrą i demonicą, więc rozeszliśmy się po pokojach. W sumie, to ja się pożegnałam i poszłam do domu. Nie chciałam, by Rose znów nas spotkała ze sobą. Ale nie dziwię się. Ja na jej miejscu, też bym była zazdrosna o Matt'a. Ten dzień był wspaniały, a szczególnie część w stajni. Wieczorem wzięłam na smycz Kazu, i ruszyłam z nim na przechadzkę po lesie. Widziałam pełno śladów łap, co mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się, że w pobliżu domu ciotki chodzi tyle lisów, jak i chyba wilków. Nie znałam się na tropieniu, ale ewidentnie porównując ślad łapy Kaz'iego i jednym z pozostawionych po jakimś zwierzęciu odcisku, odcisk zwierzęcia był prawie dwa razy większy, co mnie zmroziło. Musiały tędy często przechodzić jakieś dość duże wilki. Słońce zachodziło, a ja byłam w głębi lasu. Nie bałam się, absolutnie, ale obawiałam, że nie znajdę później drogi do domu, więc kierowałam się z powrotem w stronę powrotną. Kaz'iego spuściłam ze smyczy, a on jak wariat zaczął latać po lesie. Był szczęśliwy. Szczekał na dwa zające, które spotkaliśmy po drodze, później zawył na widok szopa, a na koniec pisnął, gdy wskoczył prosto w kolczaste krzaki jeżyn. Niestety w ostatnim jego popisie i ja musiałam poharatać nogi, wpakowując się w krzaki, aby go wyciągnąć. Jedna z jego łap utknęła między spróchniałym pieńkiem drzewa, a mocnymi gałęziami krzewu.
   Wróciłam z Kaz'im prosto na kolację, gdzie czekała na mnie już cała rodzina. I Rose. Przy stole przyglądała mi się z wielką nienawiścią w oczach. Dzisiejszego ranka dowiedziałam, się o niej, że tak na prawdę nie jest prawdziwą córką ciotki. Sara ją adoptowała kilka lat temu, i na początku było całkiem spokojnie, jednak od około 3 lat, Rose się zmieniła. Stała się bardziej tajemnicza, przestała jeździć konno, i bywało, że znikała nie wiadomo gdzie. Nie raz dostawała szlabany i zakazy od ciotki, jednak ta znikała i tak. Uciekała nadal. Wczorajszego wieczoru widziałam ją wędrującą po podwórku, zdaje mi się że później gdzieś zniknęła, nie słyszałam aby wracała do domu. Nie miałam prawa się w to mieszać, jednak zaciekawiło mnie to. To demonica, może miała swoje mroczne sekrety. Na przykład mordowała ludzi i zwierzęta. Nie zdziwiłabym się, jakby okazało się to prawdą. Nadziałam na widelec fasolkę, spoglądając co jakiś czas na Rose. Podniosła się nagle, łapiąc za swój talerz. Nie zjadła dużo, w sumie, to prawie nic. Może dba o figurę, kto to wie. Zaniosła naczynia do kuchni, wytarła ręce w ściereczkę i znów podeszła do stołu. Posłała łagodny uśmiech, zatrzymując swój wzrok na cioci.
- To ja już pójdę. - Odezwała się, swoim cichym i delikatnym głosem. Jego ton był na tyle delikatny i wrażliwy, że wzbudzał podziw. - Dziękuję za kolację, było pyszne.
Zazdrościłam jej wielu cech. Była bardzo ładna, miała długie, lekko zakręcone włosy i delikatną cerę. Ubierała się zawsze elegancko i ładnie, ale tak w sam raz, zawsze wyglądała zniewalająco. Miała śliczne, piwne oczy, które nieco podchodziły pod złote. Ich zazdrościłam jej najbardziej. No, i Matt'a.
- Nie zostaniesz z nami? - Zapytała nieco zaskoczona ciotka, spoglądając na swoją córkę.
Rose pokiwała przecząco głową, nie przestając się uśmiechać. Wyglądało, jakby buchała z niej radość i szczęście, jednak mimo wszystko, dla mnie buchała od niej złość i nienawiść.
- Upewnię się, czy stajnia jest zamknięta. Co prawda Matt ją zamykał, jednak ostatnio bywa rozkojarzony. - Spuściła wzrok. - Nie chcemy przecież, żeby jakiś wilk wdarł się do środka. - Rose podniosła wzrok, wpatrując się swoimi niesamowitym spojrzeniem prosto w moje oczy. Spoważniała. Jej mina znów stała się pełna nienawiści. Tylko dlaczego miałam wrażenie, że ta jej cała nienawiść spływa tylko i wyłącznie na mnie?
- Jane, idziesz ze mną? - Zamarłam. Słysząc te cztery wyrazy wymówione jej dźwięcznym głosem, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Moje spojrzenie powoli wylądowało na mamie, która mrugnęła do mnie dając tym samym znak, bym się zgodziła. Z jej wyrazu twarzy padały słowa ,, No idź, zaprzyjaźnicie się! " , jednak ja wiedziałam, że nie skończy się to najlepiej.
- Pewnie.
  Odłożyłam widelec, podnosząc się z krzesła. Rose ruszyła w kierunku drzwi, a ja zabrałam swoje naczynia i wyniosłam je powoli do kuchni. Wracając, zerknęłam znów na Rose, która stała już przy otwartych drzwiach do zimnego i ciemnego podwórka. Co najdziwniejsze, noce tutaj naprawdę były zimne, mimo, że był środek lata. Nie rozumiałam tego, ale tłumaczyłam sobie to tak: To jest niezwykłe miejsce, więc i dzieją się tu niezwykłe rzeczy. Chwilę później szłyśmy słabo oświetlonym podwórkiem. Na ścianie domu widniało kilka, ładnie przyozdobionych lamp, które niestety kiepsko odgrywały swoją rolę. Droga była na tyle widzialna, że się nie potykałam, ale na tyle było ciemno, by nie zauważyć co się działo z Rose. Po chwili zatrzymała się, stając w bezruchu. Początkowo się uśmiechała, jednak jej uśmiech szybko zanikł. Skuliła się na trawie, jakby bolał ją brzuch. Szczerze mówiąc, nieco nie wystraszyłam. I to nie o siebie, tylko bałam się o nią. ,, Poszła z Jane do stajni, wróciła w stanie ciężkim ", krążyły mi słowa ciotki po głowie. Zaczęła lekko stękać, co sprawiło, że poczułam ciarki na plecach. Dreszcze przechodziły po całym moim ciele. Rose upadła rękoma na ziemię, kolanami gniotąc trawę. Jej letnia sukienka była już wybrudzona od trawy, co na pewno zmniejszyło atrakcyjność sukienki. Podeszłam powoli do zaciskającej już w pięści dłonie, starając się zrozumieć, co się dzieje.
- Rose? - Przykucnęłam obok niej, słysząc wyraźnie, jak głośno dyszy. Tego nie można było nazwać oddechem. To było dyszenie. Oddychała jakby po raz pierwszy od kilku minut  zaczerpnęła powietrza, po chwili dodając chrapliwe, miarowe dźwięki.
- Kurczę, Rose? Nic ci nie jest?
  W tym momencie demonica podniosła gwałtownie głowę, spoglądając swoimi oczami. Były złote, jednak bardziej intensywne niż zawsze. Nie były piwne. Teraz były złote, jakby założyła właśnie soczewki. Zrobiła wściekłą minę, po czym złapała mnie za nadgarstek, niemalże go miażdżąc. Ciśnienie skoczyło mi jak tylko się dało, miałam wrażenie, że wybucham od środka. Moją pulsującą krew czułam na całym ciele, jakbym nie była sobą. Poczułam ogień. Ogień, w którym płonęłam od środka. A to wszystko od zaciskającej się na moim nadgarstku ręki Rose, której wściekła mina zaczęła się zamieniać w szyderczy uśmiech. Teraz miałam w głowie tylko jedną myśl... Chciała mnie zabić. Szarpnęłam odruchowo ręką, starając się uwolnić z uścisku, jednak im bardziej się szarpałam, tym ręka dziewczyny zaciskała się mocniej. Wydałam z siebie coś w stylu ,, Puść mnie! ", jednak z nadmiaru stresu nie brzmiało to tak, jak miało brzmieć. Rose powoli się podniosła, wykrzywiając mi rękę, ciągle wpatrując się w moją twarz. Sprawiało jej radość, widok mojego bólu. Czerpała z niego wielką zabawę, gdy ja, sparaliżowana nie mogłam skupić się na niczym. Jeszcze nigdy nie czułam, by ktoś trzymał mnie równie mocno. Przerażona odpuściłam sobie szarpaninę, zamknęłam oczy. Czekałam na śmierć. Nie wiedziałam co się z nią stało, a raczej czym się stała, ale wystarczająco mocno się jej bałam. Nagle, jak grom z jasnego nieba, usłyszałam za sobą czyiś krzyk. Nim się obejrzałam, mogłam ruszać ręką. Zostawiła mnie, oswobodziła uścisk. Wystraszona zaczęłam uciekać w stronę drzwi, pędząc przed siebie jak nigdy. Jednak zanim skręciłam za róg, zatrzymałam się. Odwróciłam głowę, i zobaczyłam jego... To Matt. Krzyczał na Rose, przytrzymując ją jednocześnie. Jego ciemne włosy, wspaniała sylwetka. I błękitne oczy, które nie opuszczają moich myśli. Nie jedna nastolatka chciałaby z nim chodzić, szczególnie, że przypomina styl subkultury emo. Racja, ja też chciałabym z nim być. Ale nie było czasu na rozmyślanie. Znów się odwróciłam, wbiegając pędem do domu, wzbudzając tym poruszenie u domowników. Pędząc po schodach nie dbałam o to, by zamknąć za sobą drzwi. Chciałam uciec. Zamknąć się i czuć się już bezpieczniej.

czwartek, 28 marca 2013

Związki - Rozdział 4

                                                                           ~JANE~
Staliśmy tak uśmiechając się do siebie. Wpatrywałam się w niego jak wół na malowane wrota, i nie mogłam się napatrzeć. Jego intensywne spojrzenie, kruczoczarne włosy, dość jasna karnacja. Spodobał mi się, mówiąc szczerze. Jego wzrok zmienił kierunek na drzwi od stajni. Wpatrywał się w coś. Również odwróciłam głowę, zauważając zbliżającą się do nas Rose. Szła w tej samej, beżowej sukience, półbutach i ładnie spiętych włosach. Była ładna, jak nie ładniejsza ode mnie. Mimo wszystko, wydawała być się moim wrogiem. Podeszła uśmiechnięta, wgapiając się w Matt'a.
- Cześć. - Powiedział dość cicho, do stojącej już przed nami Rose. Ona uśmiechnęła się szeroko, przytulając się do niego mocno. Dopiero teraz zauważyłam, jak Matt spoważniał. Nie był już uśmiechnięty jak przed dwoma minutami. Rose przestała go po chwili ściskać, spoglądając na mnie jakby nieco podirytowana.
- Poznałeś już Jane? - Zapytała cichutko i dźwięcznie, a mi zrobiło się jakoś dziwnie głupio. Czy to jego dziewczyna? Może pomyślała, że ze mną flirtuje? Pobijam rekordy. Teraz i tu, nawet na wsi, będę miała wroga. I to już po niecałym dniu. Matt skinął głową, lekko się do mnie uśmiechając. Wydawał się spięty.
Nastała chwila ciszy, a ja udając, że jestem zajęta głaskaniem Księcia, zerkałam co chwilę kątem oka na Matt'a.
- Dobra, ja już pójdę. - Powiedziałam po chwili, unikając spojrzenia Rose. Matt uśmiechnął się, a jego piękne oczy jakby zabłyszczały. Może przesadzałam, ale były wyjątkowe.
- Do jutra. - Rzekł chłopak, a Rose stojąca obok wysyczała coś cicho na wzór " Na razie ". Odwróciłam się od nich, wsadzając ręce do kieszeni w bluzie. Szłam szybkim krokiem, chciałam jak najszybciej znaleźć się teraz w swoim pokoju.
***
Wskoczyłam do łóżka, w domu przemknęłam niezauważona. Westchnęłam głęboko, zamykając oczy. Myślałam o swoim nowym koledze, o niezbyt przyjacielskiej Rose i o Kazu, który zatopił kły w mojej ręce. Później wpadłam na pomysł, by następnego dnia pojeździć konno, jednak znów przypomniało mi się, że mam obolałą rękę i mogłabym coś sobie zrobić galopując, bądź nieudolnie skręcając w prawo. Przekręciłam się. Chciałam już zasnąć, jednak nie czułam zmęczenia. Wgapiałam się w sufit, ściany, kołdrę i podłogę, gdy mój wzrok zatrzymał się na regale z książkami. Przypomniałam sobie słowa wiersza, na pierwszej stronie jednej z nich. ,, Złoty odcień oczu Twych, zmieni uśmiech w ostre kły " . Ten fragment, zapamiętałam najbardziej. Wysunęłam nogi spod kołdry, podniosłam się, siadając. Wyciągnęłam telefon spod poduszki, sprawdzając godzinę. Dwadzieścia trzy minuty po północy. Trudno. Wstałam, ruszyłam w stronę regału. Wyciągnęłam książkę z tytułem Wilcza Krew, idąc z nią do łóżka. Włączyłam nocną lampkę, i zaczęłam ją czytać. Było tam mnóstwo informacji o wilkach, o ludziach z wilczą osobowością, jakieś wiersze, zaklęcia i o dzieciach księżyca. Pisało tam o nich tyle, że dzieci księżyca uważa się za wilkołaki, jednak to co innego. Wilkołakami są ludzie pod klątwą, a ich przemiana w pełni księżyca jest niezwykłym utrapieniem. Wilkołaki nie znoszą swojej mocy. Zmieniają się w niekontrolowane bestie, gotowe do mordowania masowej ilości istnień, zwierząt i ludzi. Nie kontrolują myśli i czynów, są zupełnie kimś innym. Dzieci księżyca to ludzie z darem zmieniania się w wilka. Kiedy dochodzi do przemiany, wyglądają jak wilk, tylko że znacznie większy od przeciętnego wilka pospolitego. Kontrolują przemiany, i zostają ze swoją osobowością, więc nie zabijają nieumyślnie, a jeżeli już się to zdarzy, to z premedytacją. Mogą zmieniać innych ludzi w dzieci księżyca poprzez ugryzienie, które jest niezwykle bolesne, jednak nie każdy jest na to podatny. Nie każdy też potrafi rozróżnić zwyczajnego wilka od dziecka księżyca, gdyż są i tacy ludzie, którzy po przemianie osiągają wzrost normalnego wilka, tylko że mocniej zbudowanego. Książka pochłonęła moje dwie godziny, po których szybko zasnęłam.
***
Obudziłam się po dziewiątej, byłam nieco niewyspana. W ręce nadal trzymałam ,, Wilczą Krew ", którą szybko odłożyłam na miejsce. Ubrałam krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, po czym zmieniłam opatrunek. Ręka wyglądała już lepiej, niż wczoraj. Byłam zaskoczona, że tak szybko mi się goi. Zawinęłam ją w czysty bandaż, a chwilę później byłam już na dole w kuchni, czekając na śniadanie. Mama poinformowała mnie, że za chwilę wraz z Sarą, Rose i Kate jadą do miasta, zapytała również, czy chcę jechać. Odparłam, że nie.
Szybko zjadłam dwie kanapki, po czym wyszłam na dwór. Stanęłam na tarasie, rozglądając się dookoła. Szczerze liczyłam na to, że zobaczę gdzieś tu Matt'a, jednak wszędzie było pusto. Tylko Kazu przybiegł na powitanie. Zaczął się łasić o moją nogę, dopraszając się pieszczoch. Kucnęłam, tarmosząc go po gęstym, czarnym futrze.
- Co, dzisiaj już nie chcesz mnie chapnąć? - Powiedziałam do niego uśmiechnięta, głaszcząc zadowolonego psiaka po głowie. - Widocznie jesteś najedzony. - Podniosłam się, ciągle spoglądając na wspaniałego wilczura.
- Na wszelki wypadek uważaj, z nim to nic nigdy nie wiadomo. - Zaśmiał się ktoś za moimi plecami, a ja podskoczyłam prawie ze strachu. Odwróciłam się prędko, i zobaczyłam opierającego się ramieniem o futrynę drzwi Matt'a. Stał uśmiechnięty, wpatrywał się we mnie z uwagą. Uśmiechnęłam się szeroko, poprawiając włosy za ucho. Zrobiło mi się trochę głupio, że spotkał mnie akurat wtedy, gdy gadałam do psa.
- Ta... No wiem. - Prychnęłam zadowolona. Spuściłam głowę, spoglądając na zadowolonego Kaz'iego.
- Dobra, my jedziemy Jane. - Powiedziała mama, przechodząc obok Matta. Podeszła do mnie, uśmiechnęła się i dała mi buziaka w policzek. - Za jakiś czas będziemy.
- Okej. - Przytaknęłam, łapiąc się za tylne kieszenie spodenek.
Mama zeszła po schodach, odwracając jeszcze głowę w moją stronę.
- Na pewno nie chcesz jechać? - Powtórzyła pytanie. Pokiwałam przecząco głową, a mama się uśmiechnęła.
- No dobra, jak nie chcesz to nie. - Krzyknęła już z daleka, i wsiadła po chwili do samochodu. Razem wpatrywaliśmy się jak rusza czarny, wielki samochód ciotki, a za chwilę znika za drzewami.
- Idziesz ze mną do stajni? - Zapytał po chwili Matt, odrywając mój wzrok od drogi. - Potrzebuję pomocy przy Księciu. - Uśmiechnął się.
- Jasne. - Ucieszyłam się, i ruszyliśmy w stronę stajni. Szliśmy rozmawiając o koniach, ciotce i jej zwierzętach. Dowiedziałam się, że niedawno padła jego ulubiona klacz, Asabell.
- Miała dopiero 7 lat, ale dostała kolki i skrętu jelit. Weterynarz przyjechał za późno, i już nic nie dało się zrobić. - Opowiadał spokojnie. Jego głos był taki sympatyczny, że mimo przykrej historii, pragnęłam by mówił dalej.
- Przykro mi. - Szepnęłam, spuszczając wzrok z Matt'a.
W stajni czas zleciał jak oszalały. Oporządziliśmy konie, powygłupialiśmy się, pośmialiśmy. Opowiedział wiele ciekawych przygód, jak ta, kiedy Rose poślizgnęła się na... Odchodach Księcia. Myślałam, że nigdy nie przestaniemy się śmiać. Kiedy pozbierałam w sobie opanowanie i przestałam się chichotać jak oszalała, oglądałam Matt'a, który właśnie czyścił jednego z koni. Oparłam się o ścianę boksu, i uważnie obserwowałam każdy jego ruch. Robił to uśmiechnięty, co chwile zerkając na zaciekawionego moimi butami konia. Widać było, że konie go fascynują.
- Matt... - Zaczęłam niepewnie.
- No? - Zapytał, spoglądając na mnie.
- Ty i Rose... - W tym momencie spoważniał, zwalniając tempo w którym czyścił kasztanowego ogiera. Wpatrywał się w moje oczy, jakbym zapytała co najmniej o to, czy kogoś zamordował. - Jesteście parą? - Wydusiłam wreszcie. Matt przerwał czyszczenie, podszedł bliżej mnie i odłożył szczotkę, sięgając po ścierkę. Na jego rękach było teraz pełno sierści konia, więc wytarł je dokładnie, stając obok mnie i tak samo jak ja, oparł się o ścianę boksu.
- Nie do końca. - Powiedział, spoglądając na ziemię. - Dla Rose tak, jak dla mnie nie. - Sprostował szybko, znów się uśmiechając. Stałam tak zamyślona, nie zauważając, że Matt czekał na moją reakcję. Zastanawiałam się, jak długo się znają. Czy Rose jest w nim tak bardzo zakochana, jak wiele ich łączy i czy mam u niej minusa, czy nie.
- A co? - Uśmiechnął się szeroko, i puścił do mnie oczko. Mimo wszystko, właśnie zalała mnie potężna fala gorąca, i zaczęłam się szeroko uśmiechać.

czwartek, 21 marca 2013

Mały Wypadek - Rozdział 3

                                                                           ~JANE~
Odeszłam od okna, przemierzając wzrokiem cały pokój. Moim pierwszym celem stało się łóżko. Duże i miękkie, beżowa pościel, poduszka z pierzem w środku. Powoli do niego podeszłam, wygładzając pościel ręką. Usiadłam na nim, rozglądnęłam się znów dookoła. Mimo wszystko, było tu jakoś pusto. W moim domu roiło się od obrazów na ścianach, małych stoliczków z kwiatami, i jakimiś ozdobnymi półeczkami. Tu było tak spokojnie... Spojrzałam na regał. Było na nim wiele książek, co mnie zaciekawiło. Podniosłam się szybko i podeszłam do półek.
- Ale masa... - Wyszeptałam, zauważając ile książek się tam mieści. Przejechałam palcem to grzbietach jednych z nich, były bardzo stare, lekko zakurzone ale na dal w dobrym stanie. Mój palec zatrzymał się na książce z tytułem ,, Wilcza krew ". Wyciągnęła delikatnie, przecierając z kurzu. Chyba dawno nikt nie czytał tych książek. Otworzyłam na stronę tytułową, przewracając kolejne kartki. Zatrzymałam się na stronie piątej, na której zaczynała się opowieść.
,, Tyle chwil spędzonych w ciszy,
Tyle chwil pod władzą księżyca,
Tyle bratnich dusz cię słyszy.
Ile warta jest Twa srebrzyca?
Jeśli lęk przyćmiewa złość.
Twego futra wieczna bujność,
Złoty odcień oczy Twych,
Zmieni uśmiech w ostre kły. "
- Jane! - Zawołał ktoś z dołu, odrywając mnie od książki. Nieco przestraszona wierszem zamknęłam szybko książkę, odkładając ją ostrożnie na miejsce. Wzięłam głęboki wdech, i ruszyłam w kierunku drzwi. Zeszłam po schodach nieco zmieszana, zauważając czekającą na dole rodzinę. Stali tam rodzice, Kate i Ciocia wraz z psem, Kazu. I ktoś jeszcze... Za plecami cioci stała jakaś dziewczyna, chyba w moim wieku. Miała ciemne włosy, na pewno ciemniejsze ode mnie. Delikatnie pomalowana czarną kredką, stała w beżowej sukience. Spojrzała na mnie, miała ładne oczy, jednak wrogie spojrzenie. Kolor jej oczu przypominał mi odcień ciemnego zlota, byly niesamowicie piwne. Dołączyłam po chwili do reszty, którzy wgapiali się we mnie jakby oczekująco, a moje spojrzenie wędrowało to na Kate, to na ciocię, to na nieznaną dziewczynę. W końcu ciocia jako pierwsza przerwała ciszę.
- Jane, chcę ci przedstawić Rose, moją córkę, mieszka tutaj. Jest w Twoim wieku, myślę że się dogadacie.
   Rose wyszła zza jej pleców, wystawiając do mnie przyjaźnie rękę. Jednak mimo to, wydawała się na bardzo tajemniczą, i niezbyt przyjazną dziewczynę.
- Cześć. - Powiedziała po chwili, a jej głos był bardzo melodyjny. - Miło mi Ciebie poznać. - Uśmiechnęła się. Ja również wyciągnęłam rękę na powitanie, wymuszając uśmiech. W tym momencie, Kazu zaczął warczeć i rzucił się z zębami na moją rękę, więc automatycznie puściłam dłoń Rose. Kazu od razu mnie puścił, oswabadzając moją krwawiącą teraz dłoń.
- Kazu! - Krzyknęła przerażona ciocia. Wszyscy do mnie jakby w jednym czasie podbiegli, z pytaniem, czy coś mi zrobił. Trwało zamieszanie, za chwilę ciocia pobiegła po bandaż, mama trzymała moją dłoń w ręce, ojciec zaskoczony zaczął powtarzać, że Kaz'iemu coś odbiło. Ja nieco zmieszana rozglądnęłam się za psem, który uciekł w popłochu. Ciocia przybiegła lejąc mi na rękę wodę utlenioną, zaraz owijając ją bandażem.
- Przepraszam, nie wiem co go opętało. - Mówiła zestresowana ciocia, nadal owijając mi rękę.
- Nie.. Nie ma sprawy. - Zająknęłam. - Nic się nie stało, w porządku.
- Na pewno? - Pytała zdenerwowana.
- Tak... Na pewno. - Odpowiedziałam w popłochu. Dopiero teraz zauważyłam, że Rose zniknęła. Widocznie wyszła, kiedy wszyscy byli zajęci paniką.
***
- Au... - Jęknęłam, odrywając bandaż od zaschniętej krwi. Musiałam zmienić bandaż, ten już nie był w dobrym stanie. - Cholera. - Szepnęłam siedząc na swoim łóżku. Odwinęłam wkrótce cały opatrunek, dostrzegając ranę. Na mojej prawej dłoni widniały cztery dość głębokie rany po zębach Kazu. Nie miałam pojęcia, dlaczego zaatakował. Może bronił Rose, wystraszył się mnie, nie wiem.
- I jak? - Zapytała mama, zaglądając do mojego pokoju.
- W porządku.
Mama podeszła bliżej, zamykając za sobą drzwi. Zbliżyła się, i spojrzała troskliwie na rękę.
- No, nieźle Cię urządził. - Powiedziała kręcąc głową.
- To nic wielkiego. - Powiedziałam cicho, z powrotem owijając rękę nowym i czystym opatrunkiem.
- Tak, nic. Chapnął Cię mocno. - Dodała nieco zdenerwowana. - Ale ciocia mówi, żebyś się nie bała, dopóki tu będziemy nie będzie miał prawa nawet na moment wchodzić do domu.
- Daj spokój... Lubię Kazu, nic się nie stało. - Powtórzyłam, spoglądając prosto w oczy mamie. - Nie przesadzajcie.
Jeszcze tego samego dnia, pod wieczór, gdy zaczęło się ściemniać, wyszłam na chwilę z domu. Zeszłam po drewnianych schodkach tarasu, przeszłam kawałek po kamiennej ścieżce, i weszłam na trawę podwórka. W tym czasie na podwórze wjechał czyiś samochód, jednak we mnie nie wzbudzało to większego zainteresowania. Kazu biegał wzdłuż ogrodzenia, Saba starała się go dogonić. Ja jednak zmierzałam w drugą stronę, w stronę stajni. Byłam ciekawa, czy ciocia nadal ma tego karego ogiera, którego ostatnim razem widziałam, gdy był źrebakiem. Teraz by miał 7 lat. Stajnia była otwarta, a to z powodu upału i wyjątkowo dusznych dni. Konie miały przynajmniej tam wywietrzone. Mimo wszystko dopiero w niewielkiej odległości od stajni, poczułam ten jakże uwielbiany " zapach " dobiegający ze środka, oraz prychanie któregoś z koni. Uwielbiam te zwierzęta, więc szłam tam bardzo podekscytowana. Weszłam do środka, dostrzegając od razu wesołe końskie łby wyglądające zza boksów. Każde drzwiczki były podpisane.
- ,, Apollo ". - Szepnęłam, czytając tabliczkę przy pierwszym koniu. Podniosłam głowę. W boksie stał ogromny, srokaty koń, z blizną na środku łba. Był piękny, z zaciekawieniem wystawił pysk w moją stronę, by mnie powąchać. Pogłaskałam go swoją lewą  ręką, zaglądając po chwili na przeciwną stronę. Tam stała Rozetta. Gniada klacz, o długich nogach. Kojarzyłam ją. To ulubiona klacz mojej mamy. Jest niezwykle spokojna, i to ona przed 7 laty urodziła czarnego ogierka, którego teraz szukałam wzrokiem. Dostrzegłam go kawałek dalej. Nie wiedziałam, jak ma na imię. Po prostu nie pamiętałam. Podeszłam bliżej, dostrzegając pięknego, potężnie zbudowanego konia imieniem ,, Książę ". Był wspaniały. Długie nogi, lśniąca grzywa, i ciekawość, którą rozpoznałam po jego chrapach, które w mgnieniu oka znalazły się przy mojej twarzy, obwąchując ją całą. Potem zaczął wąchać moje włosy, dmuchając mi po szyi, co zaczęło mnie gilgotać, więc zaczęłam się śmiać. Złapał mnie zębami za kosmyk włosów, delikatnie pociągnął, i puścił. Od razu rozpoznałam, że to musi być ten źrebak. Przytuliłam się mocno do niego, gładząc sprawną ręką po szyi rumaka.
- Uważaj, gryzie. - Powiedział do mnie jakiś delikatny, męski głos. Odwróciłam się w stronę wejścia, i ujrzałam tam jakiegoś chłopaka, wyższego ode mnie. Miał czarne, roztrzepane włosy, ubrany w koszule z krótkim rękawem, ciemne spodnie i trampki. Był przystojny, to było pewne. Początkowo zesztywniałam, a potem znów zaczęłam funkcjonować.
- Ou... Tak? - Uśmiechnęłam się, po czym znów spoglądnęłam na konia, który uważnie przyglądał się nieznanemu chłopakowi.
- Jestem Matt. Przychodzę tu prawie codziennie, mój ojciec przyjaźni się z Twoją ciocią. - Wskazał kciukiem za siebie. Mimo własnej woli, uśmiechnęłam się,
- Jane. Miło mi poznać. - Powiedziałam spokojnie i cicho, nadal głaszcząc Księcia. Spojrzałam na resztę koni ze stajni. - Zajmujesz się nimi?
Ale głupota. Nic lepszego nie mogłam powiedzieć?
- Tak... Czasami zabieram jakiegoś konia na przejażdżkę po lesie. - Matt zbliżył się do mnie, zaczynając również głaskać karego olbrzyma. - Ten, to najczęściej mnie gryzie. - Uśmiechnął się po raz kolejny. Nic na to nie odpowiedziałam, wpatrywałam się w jego błękitne oczy. Były niezwykle jasne, chyba jeszcze nigdy nie widziałam takich oczu. Można było je porównać do błękitnych oczu psa husky, miały podobną barwę. Do niczego innego nie potrafiłam porównać, znałam się praktycznie tylko na zwierzętach.
- Oparzyłaś się? - Zapytał nagle chłopak, spoglądając na moją opatrzoną rękę. Moje spojrzenie równie szybko też na niej wylądowało.
- Nie... Kazu mnie powitał wbijając zęby w moją dłoń. - Zaśmiałam się cicho.
- Kazu? Ten spokojny pies? - Równie uśmiechnął się szeroko, prezentując swoje jasne, ładne zęby.
- Tak, ten spokojny pies zawisnął zębami na mojej ręce.
Obydwoje zaśmialiśmy się cicho, a Książę nadal był przez nas głaskany.

środa, 20 marca 2013

Przyjazd. - Rozdział 2

                                                                           ~JANE~
- Jane! - Krzyczała mama, wsadzając klucz w drzwi.
- Sekunda, no! - Byłam wkurzona. Wszyscy czekali na mnie z niecierpliwością, mieliśmy właśnie wyjeżdżać, a ja spakowałam wszystko, oprócz telefonu. Z niecierpliwością przetrzepałam kołdrę na łóżku, grzebałam w szuflach w biurku. I nic, nigdzie nie ma. Stanęłam na środku w pokoju, łapiąc się za głowę.
- Cholera... - Powtarzałam w kółko. Schyliłam się, zaglądając pod łóżko. Ujrzałam parę trampek i nic więcej.
- Jane, bo mnie zaraz szlag trafi! - Mama była chyba jeszcze bardziej zdenerwowana ode mnie. Stała w drzwiach z trzema torbami i reklamówką. Ona i jej masa rzeczy, oczywiście.
- Widział ktoś mój telefon?! - Krzyknęłam pytająco. Kate i tato siedzieli już w samochodzie, ojciec zaczął już trąbić.
- No ja Cię chyba trzasnę. - Powiedziała mama, odkładając swoje manatki. Przyszła do mnie do pokoju, spoglądając na mnie swoją straszną, wkurzoną miną. - Teraz sobie przypomniałaś, że telefonu nie masz?!
- No miałam go przy sobie, nie wiem gdzie jest...
- Świetnie. Brawo córcia. - Mówiła, zaglądając mi na półki na regale. Biegałyśmy jak oszalałe po pokoju, rozglądając się za moim znikającym telefonem.
- Masz już? - Zapytała, odwracając się w moją stronę.
- Nie... - Odparłam, spoglądając na drzwi. Ktoś właśnie wchodził do domu.
- Zaraz pojedziesz bez niego, i tyle. Nie będziemy teraz kilka godzin go szukać.
W tym momencie do pokoju wbiegła Kate.
- Idziecie? - Zapytała zdyszana. - Tato się wkurza.
- Zaraz, przecież ta ciamajda telefonu zapomniała.
- No Jezu, nie moja wina... - Zaczęłam się bronić. Jasne, że moja wina. Za nic nie pamiętam, gdzie go dałam. A bez niego nie będę mogła się kontaktować z Alice, przyjaciółką. To by był koszmar. - Był tutaj gdzieś...
- Tak, i sam zniknął.
- No, sam. - Prychnęłam. Mama spojrzała na mnie srogim wyrazem twarzy. Zaraz mi się oberwie - Pomyślałam od razu.
- Boże, Jane! Mówiłam, że pakuję nasze telefony do plecaka! - Świetnie. Teraz mi się oberwie. Za moją głupotę, bo zapomniałam, że Kate wzięła mój telefon ze sobą.
- Dziewczyny... - Mama zacisnęła zęby i zamknęła na moment oczy. - Do samochodu, już. - Mama wyszła pierwsza, szybkim krokiem dochodząc do swoich torb, znów łapiąc za klucze. Kate stała przede mną. Zbliżyłam się do niej, i dałam jej sójkę w ramię.
- Ał! - Krzyknęła cicho.
- Dzięki. - Syknęłam.
Ruszyłyśmy w stronę wyjścia. Mama stała zniecierpliwiona, ostatecznie ogarniając ręką włosy.
- No, dawać, dawać, dawać! - Pospieszała nas. Była już spokojniejsza, już się nie denerwowała tak bardzo.
- Idziemy przecież... - Jęknęła Kate.
Wyszłyśmy z domu. Przeszłyśmy szybko przez ogród, otworzyłyśmy bramkę i powoli wsiadłyśmy do czarnego mercedesa. Nie lubiłam tego samochodu, równie tak bardzo, jak klamki w drzwiach. On również do nas nie pasował. Pasował do naszego domku jednorodzinnego, ale nie do nas. Ruszyliśmy.
~
Do domu cioci jechaliśmy ponad 10 godzin. Tragedia.. Wiedziałam, że jedziemy daleko, ale nie aż tak. Kate zasnęła kilka razy po drodze, ja twardo siedziałam wgapiona w lasy które mijaliśmy.
Tak bardzo mnie ona fascynują... Nie jestem typową dziewczyną z miasta, niż powinnam. Kate taka jest, ja nie. Ja wolę oglądać naturę w jej naturalnym środowisku. A teraz możliwość spacerowania po lesie na wyciągnięcie ręki. Odjazd. O dziesiątej wieczorem dojechaliśmy na miejsce. Wjechaliśmy w pięknie oświetlone podwórko, otoczone czarnym ogrodzeniem. Dom był olbrzymi. Budowany z cegły, przed drzwiami taras, a wyżej widziałam może 3 oddzielne balkony. Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo dawno temu byłam tu ostatni raz. Ojciec zaparkował na podwórzu, a gdy wysiedliśmy, na tasie czekała już na nas ciotka Sara. Ciemne włosy, szczupła sylweta i czarna sukienka do kolan. W tym mroku wyglądała nieco przerażająco, ale tak właśnie ubierała się ciocia. Usta pomalowane szminką, cienie na oczach.
- Witajcie! - Krzyknęła szczęśliwa na nasz widok. Jak zwykle uśmiechnięta, zeszła z tarasu podchodząc w naszą stronę.
- Cześć ciociu. - Powiedziałam, a zaraz po mnie powtórzyła siostra.
- O jeju, ale dziewczynki wypiękniałyście! Kate, twoje oczy ewidentnie zaczynają przypominać oczy Twojego dziadka! - Zaczyna się. Przez najbliższe trzy dni, będzie gadanka o tym, jak ' urosłyśmy ' od ostatniego spotkania. - A ty, Jane. Słońce... Buzia ładna, włosy ładne, taka zgrabna, chudziutka! Pewnie się od chłopaków opędzić nie możesz, co? - Mrugnęła do mnie okiem.
- Broń Boże! - Zaśmiał się tato.
- Chris! No, no, ależ się... Postarzał! - W tym momencie i ja się zaśmiałam. Widząc skwaszoną minę ojca, to było nie do powstrzymania. - Ale w sumie... Niedługo dziadkiem zostaniesz, więc coś w tym jest. - Uśmiechała się ciągle.
- Dobra, dobra. Jak na razie, za młode są na dzieci.
- Dla Ciebie tak...
- Sara... - Skarciła ją mama. - Cześć. - Zmieniła temat. Przytuliła się do cioci, mocno ściskając. Wspaniały widok, gdy dwie siostry niemalże w tym samym wieku spotykają się po kilku latach rozłąki. Gdy zakończyły się obejmować, obydwie zaczęły wycierać oczy. Nic dziwnego, minęło jakieś 7 lat...
- No nie mogę, poryczały się... - Powiedziała pod nosem Kate.
- Zamknij się. - Uciszyłam ją.
- My też tak kiedyś będziemy się przytulać?
Spojrzałam na młodą, złapałam ją rękoma za ramiona. Zbliżyłam do niej głowę.
- Nie. - Odpowiedziałam, i ruszyłam po swoją torbę.
~
Wyciągnęliśmy swoje manatki, ciocia poprowadziła nas do domu. W środku okazało się, że było jeszcze piękniej. Wszędzie czysto i porządnie, panele i dywany, kominek i telewizor plazmowy. A to dopiero salon. Potem poprowadziła nas do swoich pokoi. Rodzice mieli pokój na parterze, a ja i Kate na piętrze. Oczywiście, każda miała swój osobny. Mój pokój był w sam raz dla mnie. Duże łóżko, obok biurko, wielka komoda, regał z książkami i duże okno, z białymi, półprzezroczystymi firanami, oraz duży parapet. Pierwsze co, podeszłam do wielkiego okna, sprawdzając widok. Widziałam tył podwórka, wyglądało jak polana, a tuż obok rozlegał się daleko las. Świetnie, o lepszy krajobraz bym nie prosiła. Po prawej stronie było widać stajnię - jednak aby zobaczyć ją w całej okazałości, trzeba by było otworzyć okno, i trochę się wychylić. Stajnia była wielka, choć z tego co wiem, zamieszkiwało ją jakieś 5 koni. Ciocia ma fioła na punkcie zwierząt, więc nie mogło zabraknąć koni, kilku pawich gołębi, trzech kotów, kanarka i dwóch psów - Jej ulubieńców. Byli nimi Kazu i Saba. Kazu był czarnym wilczurem, podobno rasowiec, ale mi się wydaje, że jest mieszanką owczarka belgijskiego z wilczakiem, bądź prawdziwym wilkiem. A przynajmniej wyglądem przypominał, charakteru nie znałam. Ostatni raz byłam tu 7 lat temu, a Kaz'iego ciocia ma od 3 lat. Odkąd go ma, mieszka on w budzie na podwórku. Zna tę okolicę jak nikt inny, biega po lesie całymi dniami. Ciekawe, czy ma pieńku w wilkami... Bardzo mnie to ciekawiło. Mimo to, ciocia dba o niego jak tylko się da. W domu rozrabia i bałagani, bezpieczniej i wygodniej jest więc na podwórku. Saba zaś, to niewielka suczka, chyba mieszaniec. W każdym razie, mieszka w domu, jest grzeczna i strachliwa. Ma śliczne, bladobłękitne oczy, stojące, wielkie uszy i maść marmurkową. Po prostu śliczna. Dogaduje się z Kazu, jednak ona boi się lasu - Wraca na zawołanie, Kazu często nie.