~JANE~
Staliśmy tak uśmiechając się do siebie. Wpatrywałam się w niego jak wół na malowane wrota, i nie mogłam się napatrzeć. Jego intensywne spojrzenie, kruczoczarne włosy, dość jasna karnacja. Spodobał mi się, mówiąc szczerze. Jego wzrok zmienił kierunek na drzwi od stajni. Wpatrywał się w coś. Również odwróciłam głowę, zauważając zbliżającą się do nas Rose. Szła w tej samej, beżowej sukience, półbutach i ładnie spiętych włosach. Była ładna, jak nie ładniejsza ode mnie. Mimo wszystko, wydawała być się moim wrogiem. Podeszła uśmiechnięta, wgapiając się w Matt'a.
- Cześć. - Powiedział dość cicho, do stojącej już przed nami Rose. Ona uśmiechnęła się szeroko, przytulając się do niego mocno. Dopiero teraz zauważyłam, jak Matt spoważniał. Nie był już uśmiechnięty jak przed dwoma minutami. Rose przestała go po chwili ściskać, spoglądając na mnie jakby nieco podirytowana.
- Poznałeś już Jane? - Zapytała cichutko i dźwięcznie, a mi zrobiło się jakoś dziwnie głupio. Czy to jego dziewczyna? Może pomyślała, że ze mną flirtuje? Pobijam rekordy. Teraz i tu, nawet na wsi, będę miała wroga. I to już po niecałym dniu. Matt skinął głową, lekko się do mnie uśmiechając. Wydawał się spięty.
Nastała chwila ciszy, a ja udając, że jestem zajęta głaskaniem Księcia, zerkałam co chwilę kątem oka na Matt'a.
- Dobra, ja już pójdę. - Powiedziałam po chwili, unikając spojrzenia Rose. Matt uśmiechnął się, a jego piękne oczy jakby zabłyszczały. Może przesadzałam, ale były wyjątkowe.
- Do jutra. - Rzekł chłopak, a Rose stojąca obok wysyczała coś cicho na wzór " Na razie ". Odwróciłam się od nich, wsadzając ręce do kieszeni w bluzie. Szłam szybkim krokiem, chciałam jak najszybciej znaleźć się teraz w swoim pokoju.
***
Wskoczyłam do łóżka, w domu przemknęłam niezauważona. Westchnęłam głęboko, zamykając oczy. Myślałam o swoim nowym koledze, o niezbyt przyjacielskiej Rose i o Kazu, który zatopił kły w mojej ręce. Później wpadłam na pomysł, by następnego dnia pojeździć konno, jednak znów przypomniało mi się, że mam obolałą rękę i mogłabym coś sobie zrobić galopując, bądź nieudolnie skręcając w prawo. Przekręciłam się. Chciałam już zasnąć, jednak nie czułam zmęczenia. Wgapiałam się w sufit, ściany, kołdrę i podłogę, gdy mój wzrok zatrzymał się na regale z książkami. Przypomniałam sobie słowa wiersza, na pierwszej stronie jednej z nich. ,, Złoty odcień oczu Twych, zmieni uśmiech w ostre kły " . Ten fragment, zapamiętałam najbardziej. Wysunęłam nogi spod kołdry, podniosłam się, siadając. Wyciągnęłam telefon spod poduszki, sprawdzając godzinę. Dwadzieścia trzy minuty po północy. Trudno. Wstałam, ruszyłam w stronę regału. Wyciągnęłam książkę z tytułem Wilcza Krew, idąc z nią do łóżka. Włączyłam nocną lampkę, i zaczęłam ją czytać. Było tam mnóstwo informacji o wilkach, o ludziach z wilczą osobowością, jakieś wiersze, zaklęcia i o dzieciach księżyca. Pisało tam o nich tyle, że dzieci księżyca uważa się za wilkołaki, jednak to co innego. Wilkołakami są ludzie pod klątwą, a ich przemiana w pełni księżyca jest niezwykłym utrapieniem. Wilkołaki nie znoszą swojej mocy. Zmieniają się w niekontrolowane bestie, gotowe do mordowania masowej ilości istnień, zwierząt i ludzi. Nie kontrolują myśli i czynów, są zupełnie kimś innym. Dzieci księżyca to ludzie z darem zmieniania się w wilka. Kiedy dochodzi do przemiany, wyglądają jak wilk, tylko że znacznie większy od przeciętnego wilka pospolitego. Kontrolują przemiany, i zostają ze swoją osobowością, więc nie zabijają nieumyślnie, a jeżeli już się to zdarzy, to z premedytacją. Mogą zmieniać innych ludzi w dzieci księżyca poprzez ugryzienie, które jest niezwykle bolesne, jednak nie każdy jest na to podatny. Nie każdy też potrafi rozróżnić zwyczajnego wilka od dziecka księżyca, gdyż są i tacy ludzie, którzy po przemianie osiągają wzrost normalnego wilka, tylko że mocniej zbudowanego. Książka pochłonęła moje dwie godziny, po których szybko zasnęłam.
***
Obudziłam się po dziewiątej, byłam nieco niewyspana. W ręce nadal trzymałam ,, Wilczą Krew ", którą szybko odłożyłam na miejsce. Ubrałam krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, po czym zmieniłam opatrunek. Ręka wyglądała już lepiej, niż wczoraj. Byłam zaskoczona, że tak szybko mi się goi. Zawinęłam ją w czysty bandaż, a chwilę później byłam już na dole w kuchni, czekając na śniadanie. Mama poinformowała mnie, że za chwilę wraz z Sarą, Rose i Kate jadą do miasta, zapytała również, czy chcę jechać. Odparłam, że nie.
Szybko zjadłam dwie kanapki, po czym wyszłam na dwór. Stanęłam na tarasie, rozglądając się dookoła. Szczerze liczyłam na to, że zobaczę gdzieś tu Matt'a, jednak wszędzie było pusto. Tylko Kazu przybiegł na powitanie. Zaczął się łasić o moją nogę, dopraszając się pieszczoch. Kucnęłam, tarmosząc go po gęstym, czarnym futrze.
- Co, dzisiaj już nie chcesz mnie chapnąć? - Powiedziałam do niego uśmiechnięta, głaszcząc zadowolonego psiaka po głowie. - Widocznie jesteś najedzony. - Podniosłam się, ciągle spoglądając na wspaniałego wilczura.
- Na wszelki wypadek uważaj, z nim to nic nigdy nie wiadomo. - Zaśmiał się ktoś za moimi plecami, a ja podskoczyłam prawie ze strachu. Odwróciłam się prędko, i zobaczyłam opierającego się ramieniem o futrynę drzwi Matt'a. Stał uśmiechnięty, wpatrywał się we mnie z uwagą. Uśmiechnęłam się szeroko, poprawiając włosy za ucho. Zrobiło mi się trochę głupio, że spotkał mnie akurat wtedy, gdy gadałam do psa.
- Ta... No wiem. - Prychnęłam zadowolona. Spuściłam głowę, spoglądając na zadowolonego Kaz'iego.
- Dobra, my jedziemy Jane. - Powiedziała mama, przechodząc obok Matta. Podeszła do mnie, uśmiechnęła się i dała mi buziaka w policzek. - Za jakiś czas będziemy.
- Okej. - Przytaknęłam, łapiąc się za tylne kieszenie spodenek.
Mama zeszła po schodach, odwracając jeszcze głowę w moją stronę.
- Na pewno nie chcesz jechać? - Powtórzyła pytanie. Pokiwałam przecząco głową, a mama się uśmiechnęła.
- No dobra, jak nie chcesz to nie. - Krzyknęła już z daleka, i wsiadła po chwili do samochodu. Razem wpatrywaliśmy się jak rusza czarny, wielki samochód ciotki, a za chwilę znika za drzewami.
- Idziesz ze mną do stajni? - Zapytał po chwili Matt, odrywając mój wzrok od drogi. - Potrzebuję pomocy przy Księciu. - Uśmiechnął się.
- Jasne. - Ucieszyłam się, i ruszyliśmy w stronę stajni. Szliśmy rozmawiając o koniach, ciotce i jej zwierzętach. Dowiedziałam się, że niedawno padła jego ulubiona klacz, Asabell.
- Miała dopiero 7 lat, ale dostała kolki i skrętu jelit. Weterynarz przyjechał za późno, i już nic nie dało się zrobić. - Opowiadał spokojnie. Jego głos był taki sympatyczny, że mimo przykrej historii, pragnęłam by mówił dalej.
- Przykro mi. - Szepnęłam, spuszczając wzrok z Matt'a.
W stajni czas zleciał jak oszalały. Oporządziliśmy konie, powygłupialiśmy się, pośmialiśmy. Opowiedział wiele ciekawych przygód, jak ta, kiedy Rose poślizgnęła się na... Odchodach Księcia. Myślałam, że nigdy nie przestaniemy się śmiać. Kiedy pozbierałam w sobie opanowanie i przestałam się chichotać jak oszalała, oglądałam Matt'a, który właśnie czyścił jednego z koni. Oparłam się o ścianę boksu, i uważnie obserwowałam każdy jego ruch. Robił to uśmiechnięty, co chwile zerkając na zaciekawionego moimi butami konia. Widać było, że konie go fascynują.
- Matt... - Zaczęłam niepewnie.
- No? - Zapytał, spoglądając na mnie.
- Ty i Rose... - W tym momencie spoważniał, zwalniając tempo w którym czyścił kasztanowego ogiera. Wpatrywał się w moje oczy, jakbym zapytała co najmniej o to, czy kogoś zamordował. - Jesteście parą? - Wydusiłam wreszcie. Matt przerwał czyszczenie, podszedł bliżej mnie i odłożył szczotkę, sięgając po ścierkę. Na jego rękach było teraz pełno sierści konia, więc wytarł je dokładnie, stając obok mnie i tak samo jak ja, oparł się o ścianę boksu.
- Nie do końca. - Powiedział, spoglądając na ziemię. - Dla Rose tak, jak dla mnie nie. - Sprostował szybko, znów się uśmiechając. Stałam tak zamyślona, nie zauważając, że Matt czekał na moją reakcję. Zastanawiałam się, jak długo się znają. Czy Rose jest w nim tak bardzo zakochana, jak wiele ich łączy i czy mam u niej minusa, czy nie.
- A co? - Uśmiechnął się szeroko, i puścił do mnie oczko. Mimo wszystko, właśnie zalała mnie potężna fala gorąca, i zaczęłam się szeroko uśmiechać.
Jane wraz z rodziną wyjeżdżają na wieś do cioci, gdzie znajduje się ogromny i piękny las, pełen różnorodnych zwierząt, w tym wilków. Jane poznaje syna przyjaciela swojego ojca, z którym zaczyna wiązać ją niezwykła, tajemnicza więź. Pewnego dnia Jane zostaje zaatakowana przez wilka, co niesie za sobą ogromne konsekwencje, a dziewczyna doznaje wielkiej przemiany.
czwartek, 28 marca 2013
czwartek, 21 marca 2013
Mały Wypadek - Rozdział 3
~JANE~
Odeszłam od okna, przemierzając wzrokiem cały pokój. Moim pierwszym celem stało się łóżko. Duże i miękkie, beżowa pościel, poduszka z pierzem w środku. Powoli do niego podeszłam, wygładzając pościel ręką. Usiadłam na nim, rozglądnęłam się znów dookoła. Mimo wszystko, było tu jakoś pusto. W moim domu roiło się od obrazów na ścianach, małych stoliczków z kwiatami, i jakimiś ozdobnymi półeczkami. Tu było tak spokojnie... Spojrzałam na regał. Było na nim wiele książek, co mnie zaciekawiło. Podniosłam się szybko i podeszłam do półek.
- Ale masa... - Wyszeptałam, zauważając ile książek się tam mieści. Przejechałam palcem to grzbietach jednych z nich, były bardzo stare, lekko zakurzone ale na dal w dobrym stanie. Mój palec zatrzymał się na książce z tytułem ,, Wilcza krew ". Wyciągnęła delikatnie, przecierając z kurzu. Chyba dawno nikt nie czytał tych książek. Otworzyłam na stronę tytułową, przewracając kolejne kartki. Zatrzymałam się na stronie piątej, na której zaczynała się opowieść.
,, Tyle chwil spędzonych w ciszy,
Tyle chwil pod władzą księżyca,
Tyle bratnich dusz cię słyszy.
Ile warta jest Twa srebrzyca?
Jeśli lęk przyćmiewa złość.
Twego futra wieczna bujność,
Złoty odcień oczy Twych,
Zmieni uśmiech w ostre kły. "
- Jane! - Zawołał ktoś z dołu, odrywając mnie od książki. Nieco przestraszona wierszem zamknęłam szybko książkę, odkładając ją ostrożnie na miejsce. Wzięłam głęboki wdech, i ruszyłam w kierunku drzwi. Zeszłam po schodach nieco zmieszana, zauważając czekającą na dole rodzinę. Stali tam rodzice, Kate i Ciocia wraz z psem, Kazu. I ktoś jeszcze... Za plecami cioci stała jakaś dziewczyna, chyba w moim wieku. Miała ciemne włosy, na pewno ciemniejsze ode mnie. Delikatnie pomalowana czarną kredką, stała w beżowej sukience. Spojrzała na mnie, miała ładne oczy, jednak wrogie spojrzenie. Kolor jej oczu przypominał mi odcień ciemnego zlota, byly niesamowicie piwne. Dołączyłam po chwili do reszty, którzy wgapiali się we mnie jakby oczekująco, a moje spojrzenie wędrowało to na Kate, to na ciocię, to na nieznaną dziewczynę. W końcu ciocia jako pierwsza przerwała ciszę.
- Jane, chcę ci przedstawić Rose, moją córkę, mieszka tutaj. Jest w Twoim wieku, myślę że się dogadacie.
Rose wyszła zza jej pleców, wystawiając do mnie przyjaźnie rękę. Jednak mimo to, wydawała się na bardzo tajemniczą, i niezbyt przyjazną dziewczynę.
- Cześć. - Powiedziała po chwili, a jej głos był bardzo melodyjny. - Miło mi Ciebie poznać. - Uśmiechnęła się. Ja również wyciągnęłam rękę na powitanie, wymuszając uśmiech. W tym momencie, Kazu zaczął warczeć i rzucił się z zębami na moją rękę, więc automatycznie puściłam dłoń Rose. Kazu od razu mnie puścił, oswabadzając moją krwawiącą teraz dłoń.
- Kazu! - Krzyknęła przerażona ciocia. Wszyscy do mnie jakby w jednym czasie podbiegli, z pytaniem, czy coś mi zrobił. Trwało zamieszanie, za chwilę ciocia pobiegła po bandaż, mama trzymała moją dłoń w ręce, ojciec zaskoczony zaczął powtarzać, że Kaz'iemu coś odbiło. Ja nieco zmieszana rozglądnęłam się za psem, który uciekł w popłochu. Ciocia przybiegła lejąc mi na rękę wodę utlenioną, zaraz owijając ją bandażem.
- Przepraszam, nie wiem co go opętało. - Mówiła zestresowana ciocia, nadal owijając mi rękę.
- Nie.. Nie ma sprawy. - Zająknęłam. - Nic się nie stało, w porządku.
- Na pewno? - Pytała zdenerwowana.
- Tak... Na pewno. - Odpowiedziałam w popłochu. Dopiero teraz zauważyłam, że Rose zniknęła. Widocznie wyszła, kiedy wszyscy byli zajęci paniką.
***
- Au... - Jęknęłam, odrywając bandaż od zaschniętej krwi. Musiałam zmienić bandaż, ten już nie był w dobrym stanie. - Cholera. - Szepnęłam siedząc na swoim łóżku. Odwinęłam wkrótce cały opatrunek, dostrzegając ranę. Na mojej prawej dłoni widniały cztery dość głębokie rany po zębach Kazu. Nie miałam pojęcia, dlaczego zaatakował. Może bronił Rose, wystraszył się mnie, nie wiem.
- I jak? - Zapytała mama, zaglądając do mojego pokoju.
- W porządku.
Mama podeszła bliżej, zamykając za sobą drzwi. Zbliżyła się, i spojrzała troskliwie na rękę.
- No, nieźle Cię urządził. - Powiedziała kręcąc głową.
- To nic wielkiego. - Powiedziałam cicho, z powrotem owijając rękę nowym i czystym opatrunkiem.
- Tak, nic. Chapnął Cię mocno. - Dodała nieco zdenerwowana. - Ale ciocia mówi, żebyś się nie bała, dopóki tu będziemy nie będzie miał prawa nawet na moment wchodzić do domu.
- Daj spokój... Lubię Kazu, nic się nie stało. - Powtórzyłam, spoglądając prosto w oczy mamie. - Nie przesadzajcie.
Jeszcze tego samego dnia, pod wieczór, gdy zaczęło się ściemniać, wyszłam na chwilę z domu. Zeszłam po drewnianych schodkach tarasu, przeszłam kawałek po kamiennej ścieżce, i weszłam na trawę podwórka. W tym czasie na podwórze wjechał czyiś samochód, jednak we mnie nie wzbudzało to większego zainteresowania. Kazu biegał wzdłuż ogrodzenia, Saba starała się go dogonić. Ja jednak zmierzałam w drugą stronę, w stronę stajni. Byłam ciekawa, czy ciocia nadal ma tego karego ogiera, którego ostatnim razem widziałam, gdy był źrebakiem. Teraz by miał 7 lat. Stajnia była otwarta, a to z powodu upału i wyjątkowo dusznych dni. Konie miały przynajmniej tam wywietrzone. Mimo wszystko dopiero w niewielkiej odległości od stajni, poczułam ten jakże uwielbiany " zapach " dobiegający ze środka, oraz prychanie któregoś z koni. Uwielbiam te zwierzęta, więc szłam tam bardzo podekscytowana. Weszłam do środka, dostrzegając od razu wesołe końskie łby wyglądające zza boksów. Każde drzwiczki były podpisane.
- ,, Apollo ". - Szepnęłam, czytając tabliczkę przy pierwszym koniu. Podniosłam głowę. W boksie stał ogromny, srokaty koń, z blizną na środku łba. Był piękny, z zaciekawieniem wystawił pysk w moją stronę, by mnie powąchać. Pogłaskałam go swoją lewą ręką, zaglądając po chwili na przeciwną stronę. Tam stała Rozetta. Gniada klacz, o długich nogach. Kojarzyłam ją. To ulubiona klacz mojej mamy. Jest niezwykle spokojna, i to ona przed 7 laty urodziła czarnego ogierka, którego teraz szukałam wzrokiem. Dostrzegłam go kawałek dalej. Nie wiedziałam, jak ma na imię. Po prostu nie pamiętałam. Podeszłam bliżej, dostrzegając pięknego, potężnie zbudowanego konia imieniem ,, Książę ". Był wspaniały. Długie nogi, lśniąca grzywa, i ciekawość, którą rozpoznałam po jego chrapach, które w mgnieniu oka znalazły się przy mojej twarzy, obwąchując ją całą. Potem zaczął wąchać moje włosy, dmuchając mi po szyi, co zaczęło mnie gilgotać, więc zaczęłam się śmiać. Złapał mnie zębami za kosmyk włosów, delikatnie pociągnął, i puścił. Od razu rozpoznałam, że to musi być ten źrebak. Przytuliłam się mocno do niego, gładząc sprawną ręką po szyi rumaka.
- Uważaj, gryzie. - Powiedział do mnie jakiś delikatny, męski głos. Odwróciłam się w stronę wejścia, i ujrzałam tam jakiegoś chłopaka, wyższego ode mnie. Miał czarne, roztrzepane włosy, ubrany w koszule z krótkim rękawem, ciemne spodnie i trampki. Był przystojny, to było pewne. Początkowo zesztywniałam, a potem znów zaczęłam funkcjonować.
- Ou... Tak? - Uśmiechnęłam się, po czym znów spoglądnęłam na konia, który uważnie przyglądał się nieznanemu chłopakowi.
- Jestem Matt. Przychodzę tu prawie codziennie, mój ojciec przyjaźni się z Twoją ciocią. - Wskazał kciukiem za siebie. Mimo własnej woli, uśmiechnęłam się,
- Jane. Miło mi poznać. - Powiedziałam spokojnie i cicho, nadal głaszcząc Księcia. Spojrzałam na resztę koni ze stajni. - Zajmujesz się nimi?
Ale głupota. Nic lepszego nie mogłam powiedzieć?
- Tak... Czasami zabieram jakiegoś konia na przejażdżkę po lesie. - Matt zbliżył się do mnie, zaczynając również głaskać karego olbrzyma. - Ten, to najczęściej mnie gryzie. - Uśmiechnął się po raz kolejny. Nic na to nie odpowiedziałam, wpatrywałam się w jego błękitne oczy. Były niezwykle jasne, chyba jeszcze nigdy nie widziałam takich oczu. Można było je porównać do błękitnych oczu psa husky, miały podobną barwę. Do niczego innego nie potrafiłam porównać, znałam się praktycznie tylko na zwierzętach.
- Oparzyłaś się? - Zapytał nagle chłopak, spoglądając na moją opatrzoną rękę. Moje spojrzenie równie szybko też na niej wylądowało.
- Nie... Kazu mnie powitał wbijając zęby w moją dłoń. - Zaśmiałam się cicho.
- Kazu? Ten spokojny pies? - Równie uśmiechnął się szeroko, prezentując swoje jasne, ładne zęby.
- Tak, ten spokojny pies zawisnął zębami na mojej ręce.
Obydwoje zaśmialiśmy się cicho, a Książę nadal był przez nas głaskany.
Odeszłam od okna, przemierzając wzrokiem cały pokój. Moim pierwszym celem stało się łóżko. Duże i miękkie, beżowa pościel, poduszka z pierzem w środku. Powoli do niego podeszłam, wygładzając pościel ręką. Usiadłam na nim, rozglądnęłam się znów dookoła. Mimo wszystko, było tu jakoś pusto. W moim domu roiło się od obrazów na ścianach, małych stoliczków z kwiatami, i jakimiś ozdobnymi półeczkami. Tu było tak spokojnie... Spojrzałam na regał. Było na nim wiele książek, co mnie zaciekawiło. Podniosłam się szybko i podeszłam do półek.
- Ale masa... - Wyszeptałam, zauważając ile książek się tam mieści. Przejechałam palcem to grzbietach jednych z nich, były bardzo stare, lekko zakurzone ale na dal w dobrym stanie. Mój palec zatrzymał się na książce z tytułem ,, Wilcza krew ". Wyciągnęła delikatnie, przecierając z kurzu. Chyba dawno nikt nie czytał tych książek. Otworzyłam na stronę tytułową, przewracając kolejne kartki. Zatrzymałam się na stronie piątej, na której zaczynała się opowieść.
,, Tyle chwil spędzonych w ciszy,
Tyle chwil pod władzą księżyca,
Tyle bratnich dusz cię słyszy.
Ile warta jest Twa srebrzyca?
Jeśli lęk przyćmiewa złość.
Twego futra wieczna bujność,
Złoty odcień oczy Twych,
Zmieni uśmiech w ostre kły. "
- Jane! - Zawołał ktoś z dołu, odrywając mnie od książki. Nieco przestraszona wierszem zamknęłam szybko książkę, odkładając ją ostrożnie na miejsce. Wzięłam głęboki wdech, i ruszyłam w kierunku drzwi. Zeszłam po schodach nieco zmieszana, zauważając czekającą na dole rodzinę. Stali tam rodzice, Kate i Ciocia wraz z psem, Kazu. I ktoś jeszcze... Za plecami cioci stała jakaś dziewczyna, chyba w moim wieku. Miała ciemne włosy, na pewno ciemniejsze ode mnie. Delikatnie pomalowana czarną kredką, stała w beżowej sukience. Spojrzała na mnie, miała ładne oczy, jednak wrogie spojrzenie. Kolor jej oczu przypominał mi odcień ciemnego zlota, byly niesamowicie piwne. Dołączyłam po chwili do reszty, którzy wgapiali się we mnie jakby oczekująco, a moje spojrzenie wędrowało to na Kate, to na ciocię, to na nieznaną dziewczynę. W końcu ciocia jako pierwsza przerwała ciszę.
- Jane, chcę ci przedstawić Rose, moją córkę, mieszka tutaj. Jest w Twoim wieku, myślę że się dogadacie.
Rose wyszła zza jej pleców, wystawiając do mnie przyjaźnie rękę. Jednak mimo to, wydawała się na bardzo tajemniczą, i niezbyt przyjazną dziewczynę.
- Cześć. - Powiedziała po chwili, a jej głos był bardzo melodyjny. - Miło mi Ciebie poznać. - Uśmiechnęła się. Ja również wyciągnęłam rękę na powitanie, wymuszając uśmiech. W tym momencie, Kazu zaczął warczeć i rzucił się z zębami na moją rękę, więc automatycznie puściłam dłoń Rose. Kazu od razu mnie puścił, oswabadzając moją krwawiącą teraz dłoń.
- Kazu! - Krzyknęła przerażona ciocia. Wszyscy do mnie jakby w jednym czasie podbiegli, z pytaniem, czy coś mi zrobił. Trwało zamieszanie, za chwilę ciocia pobiegła po bandaż, mama trzymała moją dłoń w ręce, ojciec zaskoczony zaczął powtarzać, że Kaz'iemu coś odbiło. Ja nieco zmieszana rozglądnęłam się za psem, który uciekł w popłochu. Ciocia przybiegła lejąc mi na rękę wodę utlenioną, zaraz owijając ją bandażem.
- Przepraszam, nie wiem co go opętało. - Mówiła zestresowana ciocia, nadal owijając mi rękę.
- Nie.. Nie ma sprawy. - Zająknęłam. - Nic się nie stało, w porządku.
- Na pewno? - Pytała zdenerwowana.
- Tak... Na pewno. - Odpowiedziałam w popłochu. Dopiero teraz zauważyłam, że Rose zniknęła. Widocznie wyszła, kiedy wszyscy byli zajęci paniką.
***
- Au... - Jęknęłam, odrywając bandaż od zaschniętej krwi. Musiałam zmienić bandaż, ten już nie był w dobrym stanie. - Cholera. - Szepnęłam siedząc na swoim łóżku. Odwinęłam wkrótce cały opatrunek, dostrzegając ranę. Na mojej prawej dłoni widniały cztery dość głębokie rany po zębach Kazu. Nie miałam pojęcia, dlaczego zaatakował. Może bronił Rose, wystraszył się mnie, nie wiem.
- I jak? - Zapytała mama, zaglądając do mojego pokoju.
- W porządku.
Mama podeszła bliżej, zamykając za sobą drzwi. Zbliżyła się, i spojrzała troskliwie na rękę.
- No, nieźle Cię urządził. - Powiedziała kręcąc głową.
- To nic wielkiego. - Powiedziałam cicho, z powrotem owijając rękę nowym i czystym opatrunkiem.
- Tak, nic. Chapnął Cię mocno. - Dodała nieco zdenerwowana. - Ale ciocia mówi, żebyś się nie bała, dopóki tu będziemy nie będzie miał prawa nawet na moment wchodzić do domu.
- Daj spokój... Lubię Kazu, nic się nie stało. - Powtórzyłam, spoglądając prosto w oczy mamie. - Nie przesadzajcie.
Jeszcze tego samego dnia, pod wieczór, gdy zaczęło się ściemniać, wyszłam na chwilę z domu. Zeszłam po drewnianych schodkach tarasu, przeszłam kawałek po kamiennej ścieżce, i weszłam na trawę podwórka. W tym czasie na podwórze wjechał czyiś samochód, jednak we mnie nie wzbudzało to większego zainteresowania. Kazu biegał wzdłuż ogrodzenia, Saba starała się go dogonić. Ja jednak zmierzałam w drugą stronę, w stronę stajni. Byłam ciekawa, czy ciocia nadal ma tego karego ogiera, którego ostatnim razem widziałam, gdy był źrebakiem. Teraz by miał 7 lat. Stajnia była otwarta, a to z powodu upału i wyjątkowo dusznych dni. Konie miały przynajmniej tam wywietrzone. Mimo wszystko dopiero w niewielkiej odległości od stajni, poczułam ten jakże uwielbiany " zapach " dobiegający ze środka, oraz prychanie któregoś z koni. Uwielbiam te zwierzęta, więc szłam tam bardzo podekscytowana. Weszłam do środka, dostrzegając od razu wesołe końskie łby wyglądające zza boksów. Każde drzwiczki były podpisane.
- ,, Apollo ". - Szepnęłam, czytając tabliczkę przy pierwszym koniu. Podniosłam głowę. W boksie stał ogromny, srokaty koń, z blizną na środku łba. Był piękny, z zaciekawieniem wystawił pysk w moją stronę, by mnie powąchać. Pogłaskałam go swoją lewą ręką, zaglądając po chwili na przeciwną stronę. Tam stała Rozetta. Gniada klacz, o długich nogach. Kojarzyłam ją. To ulubiona klacz mojej mamy. Jest niezwykle spokojna, i to ona przed 7 laty urodziła czarnego ogierka, którego teraz szukałam wzrokiem. Dostrzegłam go kawałek dalej. Nie wiedziałam, jak ma na imię. Po prostu nie pamiętałam. Podeszłam bliżej, dostrzegając pięknego, potężnie zbudowanego konia imieniem ,, Książę ". Był wspaniały. Długie nogi, lśniąca grzywa, i ciekawość, którą rozpoznałam po jego chrapach, które w mgnieniu oka znalazły się przy mojej twarzy, obwąchując ją całą. Potem zaczął wąchać moje włosy, dmuchając mi po szyi, co zaczęło mnie gilgotać, więc zaczęłam się śmiać. Złapał mnie zębami za kosmyk włosów, delikatnie pociągnął, i puścił. Od razu rozpoznałam, że to musi być ten źrebak. Przytuliłam się mocno do niego, gładząc sprawną ręką po szyi rumaka.
- Uważaj, gryzie. - Powiedział do mnie jakiś delikatny, męski głos. Odwróciłam się w stronę wejścia, i ujrzałam tam jakiegoś chłopaka, wyższego ode mnie. Miał czarne, roztrzepane włosy, ubrany w koszule z krótkim rękawem, ciemne spodnie i trampki. Był przystojny, to było pewne. Początkowo zesztywniałam, a potem znów zaczęłam funkcjonować.
- Ou... Tak? - Uśmiechnęłam się, po czym znów spoglądnęłam na konia, który uważnie przyglądał się nieznanemu chłopakowi.
- Jestem Matt. Przychodzę tu prawie codziennie, mój ojciec przyjaźni się z Twoją ciocią. - Wskazał kciukiem za siebie. Mimo własnej woli, uśmiechnęłam się,
- Jane. Miło mi poznać. - Powiedziałam spokojnie i cicho, nadal głaszcząc Księcia. Spojrzałam na resztę koni ze stajni. - Zajmujesz się nimi?
Ale głupota. Nic lepszego nie mogłam powiedzieć?
- Tak... Czasami zabieram jakiegoś konia na przejażdżkę po lesie. - Matt zbliżył się do mnie, zaczynając również głaskać karego olbrzyma. - Ten, to najczęściej mnie gryzie. - Uśmiechnął się po raz kolejny. Nic na to nie odpowiedziałam, wpatrywałam się w jego błękitne oczy. Były niezwykle jasne, chyba jeszcze nigdy nie widziałam takich oczu. Można było je porównać do błękitnych oczu psa husky, miały podobną barwę. Do niczego innego nie potrafiłam porównać, znałam się praktycznie tylko na zwierzętach.
- Oparzyłaś się? - Zapytał nagle chłopak, spoglądając na moją opatrzoną rękę. Moje spojrzenie równie szybko też na niej wylądowało.
- Nie... Kazu mnie powitał wbijając zęby w moją dłoń. - Zaśmiałam się cicho.
- Kazu? Ten spokojny pies? - Równie uśmiechnął się szeroko, prezentując swoje jasne, ładne zęby.
- Tak, ten spokojny pies zawisnął zębami na mojej ręce.
Obydwoje zaśmialiśmy się cicho, a Książę nadal był przez nas głaskany.
środa, 20 marca 2013
Przyjazd. - Rozdział 2
~JANE~
- Jane! - Krzyczała mama, wsadzając klucz w drzwi.
- Sekunda, no! - Byłam wkurzona. Wszyscy czekali na mnie z niecierpliwością, mieliśmy właśnie wyjeżdżać, a ja spakowałam wszystko, oprócz telefonu. Z niecierpliwością przetrzepałam kołdrę na łóżku, grzebałam w szuflach w biurku. I nic, nigdzie nie ma. Stanęłam na środku w pokoju, łapiąc się za głowę.
- Cholera... - Powtarzałam w kółko. Schyliłam się, zaglądając pod łóżko. Ujrzałam parę trampek i nic więcej.
- Jane, bo mnie zaraz szlag trafi! - Mama była chyba jeszcze bardziej zdenerwowana ode mnie. Stała w drzwiach z trzema torbami i reklamówką. Ona i jej masa rzeczy, oczywiście.
- Widział ktoś mój telefon?! - Krzyknęłam pytająco. Kate i tato siedzieli już w samochodzie, ojciec zaczął już trąbić.
- No ja Cię chyba trzasnę. - Powiedziała mama, odkładając swoje manatki. Przyszła do mnie do pokoju, spoglądając na mnie swoją straszną, wkurzoną miną. - Teraz sobie przypomniałaś, że telefonu nie masz?!
- No miałam go przy sobie, nie wiem gdzie jest...
- Świetnie. Brawo córcia. - Mówiła, zaglądając mi na półki na regale. Biegałyśmy jak oszalałe po pokoju, rozglądając się za moim znikającym telefonem.
- Masz już? - Zapytała, odwracając się w moją stronę.
- Nie... - Odparłam, spoglądając na drzwi. Ktoś właśnie wchodził do domu.
- Zaraz pojedziesz bez niego, i tyle. Nie będziemy teraz kilka godzin go szukać.
W tym momencie do pokoju wbiegła Kate.
- Idziecie? - Zapytała zdyszana. - Tato się wkurza.
- Zaraz, przecież ta ciamajda telefonu zapomniała.
- No Jezu, nie moja wina... - Zaczęłam się bronić. Jasne, że moja wina. Za nic nie pamiętam, gdzie go dałam. A bez niego nie będę mogła się kontaktować z Alice, przyjaciółką. To by był koszmar. - Był tutaj gdzieś...
- Tak, i sam zniknął.
- No, sam. - Prychnęłam. Mama spojrzała na mnie srogim wyrazem twarzy. Zaraz mi się oberwie - Pomyślałam od razu.
- Boże, Jane! Mówiłam, że pakuję nasze telefony do plecaka! - Świetnie. Teraz mi się oberwie. Za moją głupotę, bo zapomniałam, że Kate wzięła mój telefon ze sobą.
- Dziewczyny... - Mama zacisnęła zęby i zamknęła na moment oczy. - Do samochodu, już. - Mama wyszła pierwsza, szybkim krokiem dochodząc do swoich torb, znów łapiąc za klucze. Kate stała przede mną. Zbliżyłam się do niej, i dałam jej sójkę w ramię.
- Ał! - Krzyknęła cicho.
- Dzięki. - Syknęłam.
Ruszyłyśmy w stronę wyjścia. Mama stała zniecierpliwiona, ostatecznie ogarniając ręką włosy.
- No, dawać, dawać, dawać! - Pospieszała nas. Była już spokojniejsza, już się nie denerwowała tak bardzo.
- Idziemy przecież... - Jęknęła Kate.
Wyszłyśmy z domu. Przeszłyśmy szybko przez ogród, otworzyłyśmy bramkę i powoli wsiadłyśmy do czarnego mercedesa. Nie lubiłam tego samochodu, równie tak bardzo, jak klamki w drzwiach. On również do nas nie pasował. Pasował do naszego domku jednorodzinnego, ale nie do nas. Ruszyliśmy.
~
Do domu cioci jechaliśmy ponad 10 godzin. Tragedia.. Wiedziałam, że jedziemy daleko, ale nie aż tak. Kate zasnęła kilka razy po drodze, ja twardo siedziałam wgapiona w lasy które mijaliśmy.
Tak bardzo mnie ona fascynują... Nie jestem typową dziewczyną z miasta, niż powinnam. Kate taka jest, ja nie. Ja wolę oglądać naturę w jej naturalnym środowisku. A teraz możliwość spacerowania po lesie na wyciągnięcie ręki. Odjazd. O dziesiątej wieczorem dojechaliśmy na miejsce. Wjechaliśmy w pięknie oświetlone podwórko, otoczone czarnym ogrodzeniem. Dom był olbrzymi. Budowany z cegły, przed drzwiami taras, a wyżej widziałam może 3 oddzielne balkony. Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo dawno temu byłam tu ostatni raz. Ojciec zaparkował na podwórzu, a gdy wysiedliśmy, na tasie czekała już na nas ciotka Sara. Ciemne włosy, szczupła sylweta i czarna sukienka do kolan. W tym mroku wyglądała nieco przerażająco, ale tak właśnie ubierała się ciocia. Usta pomalowane szminką, cienie na oczach.
- Witajcie! - Krzyknęła szczęśliwa na nasz widok. Jak zwykle uśmiechnięta, zeszła z tarasu podchodząc w naszą stronę.
- Cześć ciociu. - Powiedziałam, a zaraz po mnie powtórzyła siostra.
- O jeju, ale dziewczynki wypiękniałyście! Kate, twoje oczy ewidentnie zaczynają przypominać oczy Twojego dziadka! - Zaczyna się. Przez najbliższe trzy dni, będzie gadanka o tym, jak ' urosłyśmy ' od ostatniego spotkania. - A ty, Jane. Słońce... Buzia ładna, włosy ładne, taka zgrabna, chudziutka! Pewnie się od chłopaków opędzić nie możesz, co? - Mrugnęła do mnie okiem.
- Broń Boże! - Zaśmiał się tato.
- Chris! No, no, ależ się... Postarzał! - W tym momencie i ja się zaśmiałam. Widząc skwaszoną minę ojca, to było nie do powstrzymania. - Ale w sumie... Niedługo dziadkiem zostaniesz, więc coś w tym jest. - Uśmiechała się ciągle.
- Dobra, dobra. Jak na razie, za młode są na dzieci.
- Dla Ciebie tak...
- Sara... - Skarciła ją mama. - Cześć. - Zmieniła temat. Przytuliła się do cioci, mocno ściskając. Wspaniały widok, gdy dwie siostry niemalże w tym samym wieku spotykają się po kilku latach rozłąki. Gdy zakończyły się obejmować, obydwie zaczęły wycierać oczy. Nic dziwnego, minęło jakieś 7 lat...
- No nie mogę, poryczały się... - Powiedziała pod nosem Kate.
- Zamknij się. - Uciszyłam ją.
- My też tak kiedyś będziemy się przytulać?
Spojrzałam na młodą, złapałam ją rękoma za ramiona. Zbliżyłam do niej głowę.
- Nie. - Odpowiedziałam, i ruszyłam po swoją torbę.
~
Wyciągnęliśmy swoje manatki, ciocia poprowadziła nas do domu. W środku okazało się, że było jeszcze piękniej. Wszędzie czysto i porządnie, panele i dywany, kominek i telewizor plazmowy. A to dopiero salon. Potem poprowadziła nas do swoich pokoi. Rodzice mieli pokój na parterze, a ja i Kate na piętrze. Oczywiście, każda miała swój osobny. Mój pokój był w sam raz dla mnie. Duże łóżko, obok biurko, wielka komoda, regał z książkami i duże okno, z białymi, półprzezroczystymi firanami, oraz duży parapet. Pierwsze co, podeszłam do wielkiego okna, sprawdzając widok. Widziałam tył podwórka, wyglądało jak polana, a tuż obok rozlegał się daleko las. Świetnie, o lepszy krajobraz bym nie prosiła. Po prawej stronie było widać stajnię - jednak aby zobaczyć ją w całej okazałości, trzeba by było otworzyć okno, i trochę się wychylić. Stajnia była wielka, choć z tego co wiem, zamieszkiwało ją jakieś 5 koni. Ciocia ma fioła na punkcie zwierząt, więc nie mogło zabraknąć koni, kilku pawich gołębi, trzech kotów, kanarka i dwóch psów - Jej ulubieńców. Byli nimi Kazu i Saba. Kazu był czarnym wilczurem, podobno rasowiec, ale mi się wydaje, że jest mieszanką owczarka belgijskiego z wilczakiem, bądź prawdziwym wilkiem. A przynajmniej wyglądem przypominał, charakteru nie znałam. Ostatni raz byłam tu 7 lat temu, a Kaz'iego ciocia ma od 3 lat. Odkąd go ma, mieszka on w budzie na podwórku. Zna tę okolicę jak nikt inny, biega po lesie całymi dniami. Ciekawe, czy ma pieńku w wilkami... Bardzo mnie to ciekawiło. Mimo to, ciocia dba o niego jak tylko się da. W domu rozrabia i bałagani, bezpieczniej i wygodniej jest więc na podwórku. Saba zaś, to niewielka suczka, chyba mieszaniec. W każdym razie, mieszka w domu, jest grzeczna i strachliwa. Ma śliczne, bladobłękitne oczy, stojące, wielkie uszy i maść marmurkową. Po prostu śliczna. Dogaduje się z Kazu, jednak ona boi się lasu - Wraca na zawołanie, Kazu często nie.
- Jane! - Krzyczała mama, wsadzając klucz w drzwi.
- Sekunda, no! - Byłam wkurzona. Wszyscy czekali na mnie z niecierpliwością, mieliśmy właśnie wyjeżdżać, a ja spakowałam wszystko, oprócz telefonu. Z niecierpliwością przetrzepałam kołdrę na łóżku, grzebałam w szuflach w biurku. I nic, nigdzie nie ma. Stanęłam na środku w pokoju, łapiąc się za głowę.
- Cholera... - Powtarzałam w kółko. Schyliłam się, zaglądając pod łóżko. Ujrzałam parę trampek i nic więcej.
- Jane, bo mnie zaraz szlag trafi! - Mama była chyba jeszcze bardziej zdenerwowana ode mnie. Stała w drzwiach z trzema torbami i reklamówką. Ona i jej masa rzeczy, oczywiście.
- Widział ktoś mój telefon?! - Krzyknęłam pytająco. Kate i tato siedzieli już w samochodzie, ojciec zaczął już trąbić.
- No ja Cię chyba trzasnę. - Powiedziała mama, odkładając swoje manatki. Przyszła do mnie do pokoju, spoglądając na mnie swoją straszną, wkurzoną miną. - Teraz sobie przypomniałaś, że telefonu nie masz?!
- No miałam go przy sobie, nie wiem gdzie jest...
- Świetnie. Brawo córcia. - Mówiła, zaglądając mi na półki na regale. Biegałyśmy jak oszalałe po pokoju, rozglądając się za moim znikającym telefonem.
- Masz już? - Zapytała, odwracając się w moją stronę.
- Nie... - Odparłam, spoglądając na drzwi. Ktoś właśnie wchodził do domu.
- Zaraz pojedziesz bez niego, i tyle. Nie będziemy teraz kilka godzin go szukać.
W tym momencie do pokoju wbiegła Kate.
- Idziecie? - Zapytała zdyszana. - Tato się wkurza.
- Zaraz, przecież ta ciamajda telefonu zapomniała.
- No Jezu, nie moja wina... - Zaczęłam się bronić. Jasne, że moja wina. Za nic nie pamiętam, gdzie go dałam. A bez niego nie będę mogła się kontaktować z Alice, przyjaciółką. To by był koszmar. - Był tutaj gdzieś...
- Tak, i sam zniknął.
- No, sam. - Prychnęłam. Mama spojrzała na mnie srogim wyrazem twarzy. Zaraz mi się oberwie - Pomyślałam od razu.
- Boże, Jane! Mówiłam, że pakuję nasze telefony do plecaka! - Świetnie. Teraz mi się oberwie. Za moją głupotę, bo zapomniałam, że Kate wzięła mój telefon ze sobą.
- Dziewczyny... - Mama zacisnęła zęby i zamknęła na moment oczy. - Do samochodu, już. - Mama wyszła pierwsza, szybkim krokiem dochodząc do swoich torb, znów łapiąc za klucze. Kate stała przede mną. Zbliżyłam się do niej, i dałam jej sójkę w ramię.
- Ał! - Krzyknęła cicho.
- Dzięki. - Syknęłam.
Ruszyłyśmy w stronę wyjścia. Mama stała zniecierpliwiona, ostatecznie ogarniając ręką włosy.
- No, dawać, dawać, dawać! - Pospieszała nas. Była już spokojniejsza, już się nie denerwowała tak bardzo.
- Idziemy przecież... - Jęknęła Kate.
Wyszłyśmy z domu. Przeszłyśmy szybko przez ogród, otworzyłyśmy bramkę i powoli wsiadłyśmy do czarnego mercedesa. Nie lubiłam tego samochodu, równie tak bardzo, jak klamki w drzwiach. On również do nas nie pasował. Pasował do naszego domku jednorodzinnego, ale nie do nas. Ruszyliśmy.
~
Do domu cioci jechaliśmy ponad 10 godzin. Tragedia.. Wiedziałam, że jedziemy daleko, ale nie aż tak. Kate zasnęła kilka razy po drodze, ja twardo siedziałam wgapiona w lasy które mijaliśmy.
Tak bardzo mnie ona fascynują... Nie jestem typową dziewczyną z miasta, niż powinnam. Kate taka jest, ja nie. Ja wolę oglądać naturę w jej naturalnym środowisku. A teraz możliwość spacerowania po lesie na wyciągnięcie ręki. Odjazd. O dziesiątej wieczorem dojechaliśmy na miejsce. Wjechaliśmy w pięknie oświetlone podwórko, otoczone czarnym ogrodzeniem. Dom był olbrzymi. Budowany z cegły, przed drzwiami taras, a wyżej widziałam może 3 oddzielne balkony. Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo dawno temu byłam tu ostatni raz. Ojciec zaparkował na podwórzu, a gdy wysiedliśmy, na tasie czekała już na nas ciotka Sara. Ciemne włosy, szczupła sylweta i czarna sukienka do kolan. W tym mroku wyglądała nieco przerażająco, ale tak właśnie ubierała się ciocia. Usta pomalowane szminką, cienie na oczach.
- Witajcie! - Krzyknęła szczęśliwa na nasz widok. Jak zwykle uśmiechnięta, zeszła z tarasu podchodząc w naszą stronę.
- Cześć ciociu. - Powiedziałam, a zaraz po mnie powtórzyła siostra.
- O jeju, ale dziewczynki wypiękniałyście! Kate, twoje oczy ewidentnie zaczynają przypominać oczy Twojego dziadka! - Zaczyna się. Przez najbliższe trzy dni, będzie gadanka o tym, jak ' urosłyśmy ' od ostatniego spotkania. - A ty, Jane. Słońce... Buzia ładna, włosy ładne, taka zgrabna, chudziutka! Pewnie się od chłopaków opędzić nie możesz, co? - Mrugnęła do mnie okiem.
- Broń Boże! - Zaśmiał się tato.
- Chris! No, no, ależ się... Postarzał! - W tym momencie i ja się zaśmiałam. Widząc skwaszoną minę ojca, to było nie do powstrzymania. - Ale w sumie... Niedługo dziadkiem zostaniesz, więc coś w tym jest. - Uśmiechała się ciągle.
- Dobra, dobra. Jak na razie, za młode są na dzieci.
- Dla Ciebie tak...
- Sara... - Skarciła ją mama. - Cześć. - Zmieniła temat. Przytuliła się do cioci, mocno ściskając. Wspaniały widok, gdy dwie siostry niemalże w tym samym wieku spotykają się po kilku latach rozłąki. Gdy zakończyły się obejmować, obydwie zaczęły wycierać oczy. Nic dziwnego, minęło jakieś 7 lat...
- No nie mogę, poryczały się... - Powiedziała pod nosem Kate.
- Zamknij się. - Uciszyłam ją.
- My też tak kiedyś będziemy się przytulać?
Spojrzałam na młodą, złapałam ją rękoma za ramiona. Zbliżyłam do niej głowę.
- Nie. - Odpowiedziałam, i ruszyłam po swoją torbę.
~
Wyciągnęliśmy swoje manatki, ciocia poprowadziła nas do domu. W środku okazało się, że było jeszcze piękniej. Wszędzie czysto i porządnie, panele i dywany, kominek i telewizor plazmowy. A to dopiero salon. Potem poprowadziła nas do swoich pokoi. Rodzice mieli pokój na parterze, a ja i Kate na piętrze. Oczywiście, każda miała swój osobny. Mój pokój był w sam raz dla mnie. Duże łóżko, obok biurko, wielka komoda, regał z książkami i duże okno, z białymi, półprzezroczystymi firanami, oraz duży parapet. Pierwsze co, podeszłam do wielkiego okna, sprawdzając widok. Widziałam tył podwórka, wyglądało jak polana, a tuż obok rozlegał się daleko las. Świetnie, o lepszy krajobraz bym nie prosiła. Po prawej stronie było widać stajnię - jednak aby zobaczyć ją w całej okazałości, trzeba by było otworzyć okno, i trochę się wychylić. Stajnia była wielka, choć z tego co wiem, zamieszkiwało ją jakieś 5 koni. Ciocia ma fioła na punkcie zwierząt, więc nie mogło zabraknąć koni, kilku pawich gołębi, trzech kotów, kanarka i dwóch psów - Jej ulubieńców. Byli nimi Kazu i Saba. Kazu był czarnym wilczurem, podobno rasowiec, ale mi się wydaje, że jest mieszanką owczarka belgijskiego z wilczakiem, bądź prawdziwym wilkiem. A przynajmniej wyglądem przypominał, charakteru nie znałam. Ostatni raz byłam tu 7 lat temu, a Kaz'iego ciocia ma od 3 lat. Odkąd go ma, mieszka on w budzie na podwórku. Zna tę okolicę jak nikt inny, biega po lesie całymi dniami. Ciekawe, czy ma pieńku w wilkami... Bardzo mnie to ciekawiło. Mimo to, ciocia dba o niego jak tylko się da. W domu rozrabia i bałagani, bezpieczniej i wygodniej jest więc na podwórku. Saba zaś, to niewielka suczka, chyba mieszaniec. W każdym razie, mieszka w domu, jest grzeczna i strachliwa. Ma śliczne, bladobłękitne oczy, stojące, wielkie uszy i maść marmurkową. Po prostu śliczna. Dogaduje się z Kazu, jednak ona boi się lasu - Wraca na zawołanie, Kazu często nie.
wtorek, 12 marca 2013
Przygotowanie - Rozdział I
~JANE~
Koniec roku szkolnego, wakacje. Nareszcie... Dwa długie miesiące, pełne wypoczynku i nowych wrażeń.
Włożyłam klucz w zamek drzwi, przekręciłam go i nacisnęłam srebrną klamkę. Irytowała mnie. Tak, ta srebrna klamka była denerwująca. Nie pasowała do drzwi, ani do domu, kompletnie do niczego, była ohydna. Kiedy nie miałam o czym myśleć, wytykałam klamce jej wady, bo co bym mogła robić innego. Trzasnęłam drzwiami, jak zawsze podeszłam do lusterka na przedpokoju rozczesując palcami włosy. Zawsze po powrocie do domu wyglądają strasznie. Jedyne, co mi się w nich podobało, to ich ciemny i intensywny brązowy kolor, którego zazdrościły mi koleżanki. Pasowały mi do twarzy, ale nie do mojego dzisiejszego stroju - Śnieżnobiała koszuleczka z kołnierzem, czarna spódniczka i półbuty. Nie znosiłam spódnic, sukienek, miniówek i tego wszystkiego takiego " dziewczyńskiego ". Trudno, nie lubię typowych dla dziewczyn w moim wieku strojów.
- Jane, jesteś już? - Mama. Kocham ją nad życie, jednak czasami bywa zbyt zatroskana. Mam już parę ładnych lat, nie potrzebuję jej opieki na tyle, na ile by chciała.
- Jestem, jestem. - Ruszyłam w jej kierunku, przechodząc obok kuchni, później łazienki i pokoju siostry. - A Kate jeszcze nie ma?
- Nie, napisała do mnie, że wróci później. - Krzyczała nadal z salonu.
Po chwili stałam u jej boku. Stała przy swoim ulubionym stoliku, z okularami do czytania na nosie. Miała krótkie i gęste włosy sięgające na długość brody. Kolor identyczny do moich, ale u niej wyglądały lepiej.
- Mhm. No dobra, idę do siebie. W końcu zakończył się ten koszmarny rok, idę zacząć regenerację.
Mama uśmiechnęła się i spojrzała w moim kierunku.
- Tak, tak. Ty się codziennie tak regenerujesz, leniu. - Zażartowała. Często mi wytykała, że jestem leniem, co jest w 100% prawdą.
- Cóż mogę poradzić. Geny. - Zaśmiałam się.
- Ty, ty! Genów proszę mi w to nie mieszać.
Otworzyłam drzwi od swojego pokoju, i już po chwili zmarkotniałam. Bałagan... Znów. Nie miałam sił na sprzątanie, chciałam się położyć spać. Podeszłam do swojego dużego łóżka, położyłam się na miękkiej, jasnej pościeli. Przymknęłam oczy, przestałam myśleć o czymkolwiek. Czułam już, że zasypiam, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Ktoś uparcie dzwonił i dzwonił, bez końca.
- Cholera, no... - Wymamrotałam. - Otworzysz mamo?!
Mama właśnie przechodziła obok mojego pokoju.
- Nie drzyj się tak, przecież idę. - Zbliżyła się do drzwi, nacisnęła znienawidzoną przeze mnie klamkę, otwierając drzwi.
- O, już jesteś? - Usłyszałam jej zaskoczony głos.
- Jestem. - To Kate. Wróciła właśnie do domu. No tak, tylko ona zawsze tak długo naciska dzwonek. Ale kluczy nie weźmie za żadne skarby. - Plany odwołane, bo Rose nie mogła... - Przerwała. - Jane jest w domu?
Otworzyłam oczy. Od kiedy tak ją interesowało, czy jestem w domu? Pewnie coś chce, na bank. - Pomyślałam.
- Powiedziałaś jej już? - Powiedziała pół tonu ciszej.
- Ale o czym miałam jej powiedzieć? - Zapytała zdziwiona.
- No! Wiesz co, mamo? O cioci... Sarze! - Zaczęła się cieszyć w niebo głosy.
- Ahh, no rzeczywiście! Zapomniałam. - Powiedziała przejęta. - Jane! - Zawołała.
Nie odezwę się. Nie odezwę się. Może sobie pójdzie. Zamknęłam oczy, przekręciłam się na bok. Może sobie pójdzie... Nagle mama otworzyła drzwi od pokoju, zaglądając w stronę łóżka.
- Jane. - Powtórzyła. - Nie udawaj młoda, wstawaj. Musimy pogadać.
Otworzyłam jedno oko.
- A co to, wywiadówka była? - Rzuciłam zaspana.
- Nie cwaniakuj, wstawaj. - Dodała i wyszła z pokoju.
- Szlaaaggg... - Powiedziałam pod nosem.
Wygramoliłam się powoli z łóżka, spojrzałam w lustro - Włosy w stanie okropnym. Trudno, na pokaz mody nie idę. Wyszłam z pokoju, przecierając oczy.
- No? - Zapytałam mamy, która siedziała właśnie na czarnej kanapie.
- Ciocia Sara dzwoniła. - Powiedziała spokojnie.
- Fajnie. - Lubię Ciocię. Miszka w pięknym domu, obok mega wielkiego lasu - Prześliczne miejsce. W dodatku ma wspaniałego psa, 6 własnych koni. Zawsze chodzi ubrana tak elegancko, ma czarne, krótkie włosy - jak mama.
- Jedziemy do niej na wakacje. - Dodała uśmiechnięta.
- O... To... Fajnie. - Naprawdę się ucieszyłam. Może nie każdy o tym wie, ale fascynują mnie wilki. Będę mogła pospacerować po lesie, poszukać ich śladów. Byłoby super. - A kiedy jedziemy?
- Jutro rano wyjeżdżamy. Ojciec dzisiaj wieczorem wróci z pracy, weźmie sobie urlop. I już jutro od razu z rana pojedziemy.
- Już jutro? Czemu nie uprzedziłaś? - Zapytałam zaskoczona.
- Ja też nie wiedziałam, ciocia dzisiaj dzwoniła. - Wtrąciła się Kate.
W jednej chwili nastała cisza w pokoju. W głębi serca tak się cieszyłam, że aż zaczęłam lekko drżeć.
- Okej. To... Idę się powoli przygotować, w końcu jutro nie będzie czasu.
- No, leć. - Powiedziała jakby obojętna mama.
Ruszyłam w stronę pokoju. Kate zaczęła znów się cieszyć jak dziecko, mimo, że miała już 15 lat. W sumie, ja też się tak cieszyłam, tylko w głębi duszy, a byłam od niej starsza o rok.
- Yeah. - Szepnęłam, wchodząc do pokoju.
Koniec roku szkolnego, wakacje. Nareszcie... Dwa długie miesiące, pełne wypoczynku i nowych wrażeń.
Włożyłam klucz w zamek drzwi, przekręciłam go i nacisnęłam srebrną klamkę. Irytowała mnie. Tak, ta srebrna klamka była denerwująca. Nie pasowała do drzwi, ani do domu, kompletnie do niczego, była ohydna. Kiedy nie miałam o czym myśleć, wytykałam klamce jej wady, bo co bym mogła robić innego. Trzasnęłam drzwiami, jak zawsze podeszłam do lusterka na przedpokoju rozczesując palcami włosy. Zawsze po powrocie do domu wyglądają strasznie. Jedyne, co mi się w nich podobało, to ich ciemny i intensywny brązowy kolor, którego zazdrościły mi koleżanki. Pasowały mi do twarzy, ale nie do mojego dzisiejszego stroju - Śnieżnobiała koszuleczka z kołnierzem, czarna spódniczka i półbuty. Nie znosiłam spódnic, sukienek, miniówek i tego wszystkiego takiego " dziewczyńskiego ". Trudno, nie lubię typowych dla dziewczyn w moim wieku strojów.
- Jane, jesteś już? - Mama. Kocham ją nad życie, jednak czasami bywa zbyt zatroskana. Mam już parę ładnych lat, nie potrzebuję jej opieki na tyle, na ile by chciała.
- Jestem, jestem. - Ruszyłam w jej kierunku, przechodząc obok kuchni, później łazienki i pokoju siostry. - A Kate jeszcze nie ma?
- Nie, napisała do mnie, że wróci później. - Krzyczała nadal z salonu.
Po chwili stałam u jej boku. Stała przy swoim ulubionym stoliku, z okularami do czytania na nosie. Miała krótkie i gęste włosy sięgające na długość brody. Kolor identyczny do moich, ale u niej wyglądały lepiej.
- Mhm. No dobra, idę do siebie. W końcu zakończył się ten koszmarny rok, idę zacząć regenerację.
Mama uśmiechnęła się i spojrzała w moim kierunku.
- Tak, tak. Ty się codziennie tak regenerujesz, leniu. - Zażartowała. Często mi wytykała, że jestem leniem, co jest w 100% prawdą.
- Cóż mogę poradzić. Geny. - Zaśmiałam się.
- Ty, ty! Genów proszę mi w to nie mieszać.
Otworzyłam drzwi od swojego pokoju, i już po chwili zmarkotniałam. Bałagan... Znów. Nie miałam sił na sprzątanie, chciałam się położyć spać. Podeszłam do swojego dużego łóżka, położyłam się na miękkiej, jasnej pościeli. Przymknęłam oczy, przestałam myśleć o czymkolwiek. Czułam już, że zasypiam, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Ktoś uparcie dzwonił i dzwonił, bez końca.
- Cholera, no... - Wymamrotałam. - Otworzysz mamo?!
Mama właśnie przechodziła obok mojego pokoju.
- Nie drzyj się tak, przecież idę. - Zbliżyła się do drzwi, nacisnęła znienawidzoną przeze mnie klamkę, otwierając drzwi.
- O, już jesteś? - Usłyszałam jej zaskoczony głos.
- Jestem. - To Kate. Wróciła właśnie do domu. No tak, tylko ona zawsze tak długo naciska dzwonek. Ale kluczy nie weźmie za żadne skarby. - Plany odwołane, bo Rose nie mogła... - Przerwała. - Jane jest w domu?
Otworzyłam oczy. Od kiedy tak ją interesowało, czy jestem w domu? Pewnie coś chce, na bank. - Pomyślałam.
- Powiedziałaś jej już? - Powiedziała pół tonu ciszej.
- Ale o czym miałam jej powiedzieć? - Zapytała zdziwiona.
- No! Wiesz co, mamo? O cioci... Sarze! - Zaczęła się cieszyć w niebo głosy.
- Ahh, no rzeczywiście! Zapomniałam. - Powiedziała przejęta. - Jane! - Zawołała.
Nie odezwę się. Nie odezwę się. Może sobie pójdzie. Zamknęłam oczy, przekręciłam się na bok. Może sobie pójdzie... Nagle mama otworzyła drzwi od pokoju, zaglądając w stronę łóżka.
- Jane. - Powtórzyła. - Nie udawaj młoda, wstawaj. Musimy pogadać.
Otworzyłam jedno oko.
- A co to, wywiadówka była? - Rzuciłam zaspana.
- Nie cwaniakuj, wstawaj. - Dodała i wyszła z pokoju.
- Szlaaaggg... - Powiedziałam pod nosem.
Wygramoliłam się powoli z łóżka, spojrzałam w lustro - Włosy w stanie okropnym. Trudno, na pokaz mody nie idę. Wyszłam z pokoju, przecierając oczy.
- No? - Zapytałam mamy, która siedziała właśnie na czarnej kanapie.
- Ciocia Sara dzwoniła. - Powiedziała spokojnie.
- Fajnie. - Lubię Ciocię. Miszka w pięknym domu, obok mega wielkiego lasu - Prześliczne miejsce. W dodatku ma wspaniałego psa, 6 własnych koni. Zawsze chodzi ubrana tak elegancko, ma czarne, krótkie włosy - jak mama.
- Jedziemy do niej na wakacje. - Dodała uśmiechnięta.
- O... To... Fajnie. - Naprawdę się ucieszyłam. Może nie każdy o tym wie, ale fascynują mnie wilki. Będę mogła pospacerować po lesie, poszukać ich śladów. Byłoby super. - A kiedy jedziemy?
- Jutro rano wyjeżdżamy. Ojciec dzisiaj wieczorem wróci z pracy, weźmie sobie urlop. I już jutro od razu z rana pojedziemy.
- Już jutro? Czemu nie uprzedziłaś? - Zapytałam zaskoczona.
- Ja też nie wiedziałam, ciocia dzisiaj dzwoniła. - Wtrąciła się Kate.
W jednej chwili nastała cisza w pokoju. W głębi serca tak się cieszyłam, że aż zaczęłam lekko drżeć.
- Okej. To... Idę się powoli przygotować, w końcu jutro nie będzie czasu.
- No, leć. - Powiedziała jakby obojętna mama.
Ruszyłam w stronę pokoju. Kate zaczęła znów się cieszyć jak dziecko, mimo, że miała już 15 lat. W sumie, ja też się tak cieszyłam, tylko w głębi duszy, a byłam od niej starsza o rok.
- Yeah. - Szepnęłam, wchodząc do pokoju.
Subskrybuj:
Posty (Atom)