czwartek, 21 marca 2013

Mały Wypadek - Rozdział 3

                                                                           ~JANE~
Odeszłam od okna, przemierzając wzrokiem cały pokój. Moim pierwszym celem stało się łóżko. Duże i miękkie, beżowa pościel, poduszka z pierzem w środku. Powoli do niego podeszłam, wygładzając pościel ręką. Usiadłam na nim, rozglądnęłam się znów dookoła. Mimo wszystko, było tu jakoś pusto. W moim domu roiło się od obrazów na ścianach, małych stoliczków z kwiatami, i jakimiś ozdobnymi półeczkami. Tu było tak spokojnie... Spojrzałam na regał. Było na nim wiele książek, co mnie zaciekawiło. Podniosłam się szybko i podeszłam do półek.
- Ale masa... - Wyszeptałam, zauważając ile książek się tam mieści. Przejechałam palcem to grzbietach jednych z nich, były bardzo stare, lekko zakurzone ale na dal w dobrym stanie. Mój palec zatrzymał się na książce z tytułem ,, Wilcza krew ". Wyciągnęła delikatnie, przecierając z kurzu. Chyba dawno nikt nie czytał tych książek. Otworzyłam na stronę tytułową, przewracając kolejne kartki. Zatrzymałam się na stronie piątej, na której zaczynała się opowieść.
,, Tyle chwil spędzonych w ciszy,
Tyle chwil pod władzą księżyca,
Tyle bratnich dusz cię słyszy.
Ile warta jest Twa srebrzyca?
Jeśli lęk przyćmiewa złość.
Twego futra wieczna bujność,
Złoty odcień oczy Twych,
Zmieni uśmiech w ostre kły. "
- Jane! - Zawołał ktoś z dołu, odrywając mnie od książki. Nieco przestraszona wierszem zamknęłam szybko książkę, odkładając ją ostrożnie na miejsce. Wzięłam głęboki wdech, i ruszyłam w kierunku drzwi. Zeszłam po schodach nieco zmieszana, zauważając czekającą na dole rodzinę. Stali tam rodzice, Kate i Ciocia wraz z psem, Kazu. I ktoś jeszcze... Za plecami cioci stała jakaś dziewczyna, chyba w moim wieku. Miała ciemne włosy, na pewno ciemniejsze ode mnie. Delikatnie pomalowana czarną kredką, stała w beżowej sukience. Spojrzała na mnie, miała ładne oczy, jednak wrogie spojrzenie. Kolor jej oczu przypominał mi odcień ciemnego zlota, byly niesamowicie piwne. Dołączyłam po chwili do reszty, którzy wgapiali się we mnie jakby oczekująco, a moje spojrzenie wędrowało to na Kate, to na ciocię, to na nieznaną dziewczynę. W końcu ciocia jako pierwsza przerwała ciszę.
- Jane, chcę ci przedstawić Rose, moją córkę, mieszka tutaj. Jest w Twoim wieku, myślę że się dogadacie.
   Rose wyszła zza jej pleców, wystawiając do mnie przyjaźnie rękę. Jednak mimo to, wydawała się na bardzo tajemniczą, i niezbyt przyjazną dziewczynę.
- Cześć. - Powiedziała po chwili, a jej głos był bardzo melodyjny. - Miło mi Ciebie poznać. - Uśmiechnęła się. Ja również wyciągnęłam rękę na powitanie, wymuszając uśmiech. W tym momencie, Kazu zaczął warczeć i rzucił się z zębami na moją rękę, więc automatycznie puściłam dłoń Rose. Kazu od razu mnie puścił, oswabadzając moją krwawiącą teraz dłoń.
- Kazu! - Krzyknęła przerażona ciocia. Wszyscy do mnie jakby w jednym czasie podbiegli, z pytaniem, czy coś mi zrobił. Trwało zamieszanie, za chwilę ciocia pobiegła po bandaż, mama trzymała moją dłoń w ręce, ojciec zaskoczony zaczął powtarzać, że Kaz'iemu coś odbiło. Ja nieco zmieszana rozglądnęłam się za psem, który uciekł w popłochu. Ciocia przybiegła lejąc mi na rękę wodę utlenioną, zaraz owijając ją bandażem.
- Przepraszam, nie wiem co go opętało. - Mówiła zestresowana ciocia, nadal owijając mi rękę.
- Nie.. Nie ma sprawy. - Zająknęłam. - Nic się nie stało, w porządku.
- Na pewno? - Pytała zdenerwowana.
- Tak... Na pewno. - Odpowiedziałam w popłochu. Dopiero teraz zauważyłam, że Rose zniknęła. Widocznie wyszła, kiedy wszyscy byli zajęci paniką.
***
- Au... - Jęknęłam, odrywając bandaż od zaschniętej krwi. Musiałam zmienić bandaż, ten już nie był w dobrym stanie. - Cholera. - Szepnęłam siedząc na swoim łóżku. Odwinęłam wkrótce cały opatrunek, dostrzegając ranę. Na mojej prawej dłoni widniały cztery dość głębokie rany po zębach Kazu. Nie miałam pojęcia, dlaczego zaatakował. Może bronił Rose, wystraszył się mnie, nie wiem.
- I jak? - Zapytała mama, zaglądając do mojego pokoju.
- W porządku.
Mama podeszła bliżej, zamykając za sobą drzwi. Zbliżyła się, i spojrzała troskliwie na rękę.
- No, nieźle Cię urządził. - Powiedziała kręcąc głową.
- To nic wielkiego. - Powiedziałam cicho, z powrotem owijając rękę nowym i czystym opatrunkiem.
- Tak, nic. Chapnął Cię mocno. - Dodała nieco zdenerwowana. - Ale ciocia mówi, żebyś się nie bała, dopóki tu będziemy nie będzie miał prawa nawet na moment wchodzić do domu.
- Daj spokój... Lubię Kazu, nic się nie stało. - Powtórzyłam, spoglądając prosto w oczy mamie. - Nie przesadzajcie.
Jeszcze tego samego dnia, pod wieczór, gdy zaczęło się ściemniać, wyszłam na chwilę z domu. Zeszłam po drewnianych schodkach tarasu, przeszłam kawałek po kamiennej ścieżce, i weszłam na trawę podwórka. W tym czasie na podwórze wjechał czyiś samochód, jednak we mnie nie wzbudzało to większego zainteresowania. Kazu biegał wzdłuż ogrodzenia, Saba starała się go dogonić. Ja jednak zmierzałam w drugą stronę, w stronę stajni. Byłam ciekawa, czy ciocia nadal ma tego karego ogiera, którego ostatnim razem widziałam, gdy był źrebakiem. Teraz by miał 7 lat. Stajnia była otwarta, a to z powodu upału i wyjątkowo dusznych dni. Konie miały przynajmniej tam wywietrzone. Mimo wszystko dopiero w niewielkiej odległości od stajni, poczułam ten jakże uwielbiany " zapach " dobiegający ze środka, oraz prychanie któregoś z koni. Uwielbiam te zwierzęta, więc szłam tam bardzo podekscytowana. Weszłam do środka, dostrzegając od razu wesołe końskie łby wyglądające zza boksów. Każde drzwiczki były podpisane.
- ,, Apollo ". - Szepnęłam, czytając tabliczkę przy pierwszym koniu. Podniosłam głowę. W boksie stał ogromny, srokaty koń, z blizną na środku łba. Był piękny, z zaciekawieniem wystawił pysk w moją stronę, by mnie powąchać. Pogłaskałam go swoją lewą  ręką, zaglądając po chwili na przeciwną stronę. Tam stała Rozetta. Gniada klacz, o długich nogach. Kojarzyłam ją. To ulubiona klacz mojej mamy. Jest niezwykle spokojna, i to ona przed 7 laty urodziła czarnego ogierka, którego teraz szukałam wzrokiem. Dostrzegłam go kawałek dalej. Nie wiedziałam, jak ma na imię. Po prostu nie pamiętałam. Podeszłam bliżej, dostrzegając pięknego, potężnie zbudowanego konia imieniem ,, Książę ". Był wspaniały. Długie nogi, lśniąca grzywa, i ciekawość, którą rozpoznałam po jego chrapach, które w mgnieniu oka znalazły się przy mojej twarzy, obwąchując ją całą. Potem zaczął wąchać moje włosy, dmuchając mi po szyi, co zaczęło mnie gilgotać, więc zaczęłam się śmiać. Złapał mnie zębami za kosmyk włosów, delikatnie pociągnął, i puścił. Od razu rozpoznałam, że to musi być ten źrebak. Przytuliłam się mocno do niego, gładząc sprawną ręką po szyi rumaka.
- Uważaj, gryzie. - Powiedział do mnie jakiś delikatny, męski głos. Odwróciłam się w stronę wejścia, i ujrzałam tam jakiegoś chłopaka, wyższego ode mnie. Miał czarne, roztrzepane włosy, ubrany w koszule z krótkim rękawem, ciemne spodnie i trampki. Był przystojny, to było pewne. Początkowo zesztywniałam, a potem znów zaczęłam funkcjonować.
- Ou... Tak? - Uśmiechnęłam się, po czym znów spoglądnęłam na konia, który uważnie przyglądał się nieznanemu chłopakowi.
- Jestem Matt. Przychodzę tu prawie codziennie, mój ojciec przyjaźni się z Twoją ciocią. - Wskazał kciukiem za siebie. Mimo własnej woli, uśmiechnęłam się,
- Jane. Miło mi poznać. - Powiedziałam spokojnie i cicho, nadal głaszcząc Księcia. Spojrzałam na resztę koni ze stajni. - Zajmujesz się nimi?
Ale głupota. Nic lepszego nie mogłam powiedzieć?
- Tak... Czasami zabieram jakiegoś konia na przejażdżkę po lesie. - Matt zbliżył się do mnie, zaczynając również głaskać karego olbrzyma. - Ten, to najczęściej mnie gryzie. - Uśmiechnął się po raz kolejny. Nic na to nie odpowiedziałam, wpatrywałam się w jego błękitne oczy. Były niezwykle jasne, chyba jeszcze nigdy nie widziałam takich oczu. Można było je porównać do błękitnych oczu psa husky, miały podobną barwę. Do niczego innego nie potrafiłam porównać, znałam się praktycznie tylko na zwierzętach.
- Oparzyłaś się? - Zapytał nagle chłopak, spoglądając na moją opatrzoną rękę. Moje spojrzenie równie szybko też na niej wylądowało.
- Nie... Kazu mnie powitał wbijając zęby w moją dłoń. - Zaśmiałam się cicho.
- Kazu? Ten spokojny pies? - Równie uśmiechnął się szeroko, prezentując swoje jasne, ładne zęby.
- Tak, ten spokojny pies zawisnął zębami na mojej ręce.
Obydwoje zaśmialiśmy się cicho, a Książę nadal był przez nas głaskany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz