niedziela, 14 kwietnia 2013

Głupota. - Rozdział 7

                                                                           ~JANE~
  Cały wieczór spędziłam przeglądając po raz kolejny książkę ,, Wilcza Krew ", na zakurzonym regale, jednak sama do końca nie wiedziałam, czego tak naprawdę szukam. Zamknęłam delikatnie książkę, i musnęłam ostrożnie koniuszkami palców po jej tytule. Okładka była ciemna, skórzana, a jej tytuł miał złotą barwę. Kartki książki były widocznie stare, pożółkniałe i nieco zniszczone. Na pewno książka była kiedyś często używana. Teraz leżała, nikomu nie potrzebna na starym regale, upchnięta między innymi książkami. Westchnęłam głęboko i podniosłam się z łóżka, zaciskając w ręce ,, Wilczą Krew ". Odłożyłam ją na biurko, zbliżając się do regału. Niestarannie przeczesałam wzrokiem grzbiety książek, wyszukując jakiegoś ciekawszego tytułu, jednak nic z tego. Większość z nich miała tematykę wojenną i historyczną, co raczej nie pomogłoby mi w zrozumieniu Matt'a i Rose. Nieco podirytowana brakiem odpowiedzi na moje pytania, podeszłam do okna, spoglądając na las. Wilki... Czy mogło to być z tym związane? Może... Została pogryziona, i ma teraz jakieś traumatyczne wspomnienia? Ale to byłoby sprzeczne z rzeczywistością, w której Rose znikała na kilka dni w lesie. Skoro się ich bała, nie miałaby odwagi tam wkraczać. A ze śladów które widziałam niedaleko domu mogłam wywnioskować, że wilki tutaj często goszczą. Co znów wydało mi się dziwne, bo z reguły są to skromne i ciche zwierzęta, z daleka omijające tereny zamieszkiwane przez ludzi. Może coś je tu zwabiało? Może szukały tutaj jedzenia? Mimo wszystko odnosiłam wrażenie, że wilkom w lesie nie brakowało pożywienia pod postacią sarn, dzików czy zajęcy. Może Rose ma jakiegoś oswojonego wilka, którego ukradkiem karmi? To chyba byłoby w miarę najnormalniejsze wytłumaczenie. Jednak to z kolei nie tłumaczyło zachowania demonicy. Moje myśli zatrzymały się przy wilku, który odwiedza co wieczór to podwórko. Z mojej głowie miał szaro - srebrzystą sierść, ubłocone łapy, przesiąknięty zapachem krwi pysk i błyszczące, pełne odwagi oczy. Widziałam go jak snuje się po ciemnym podwórku, nie płosząc z ostrożnością koni, nie budząc Kaz'iego. Jego ostrożne i delikatne kroki, jego ciepły oddech na rześkim powietrzu... Miałam bogatą wyobraźnię, która dała by o sobie jeszcze bardziej znać gdyby nie nagłe krzyki rozbrzmiewające za oknem. Szybko wróciłam do swojego pokoju, do parapetu na którym przysiadłam, i spoglądałam teraz wlepiona w szybę za zewnątrz. Po raz pierwszy po tylu dniach zobaczyłam Rose, która kłóciła się z Sarą. Stał za nią lekko zgarbiony Matt, wpatrujący się gdzieś w dal, jakby wcale go tam nie było. Nic nie mogłam zrozumieć z ich konfrontacji, jednak przypuszczałam, że znów chodziło o jej zniknięcie. Szczerze mówiąc, nie dziwię się cioci. Pewnie zamartwiała się na śmierć, ale była do tego przyzwyczajona z tego, co słyszałam. Rose stała pewna siebie, udając, że nie słyszy słów matki. Wyglądała na zadowoloną z siebie, z wybornym humorem. Widząc ją taką pewną siebie, zacisnęłam dłonie w pięści, w mojej głowie właśnie ją mordowałam. Tak bardzo wzbierała się we mnie złość, że byłam niemal bliska wybicia szyby w oknie, zeskoczenia na dół i rzucenia się jej do gardła. Moją wspaniałą myśl przerwało spojrzenie Matta w moje okno, które prawie zwaliło mnie z nóg. Posłał mi szczery, lekki uśmiech, i skinął głową, wskazując nią na las. Po chwili jego wzrok wylądował na Sarze, Rose, a kilka sekund później już odwrócony, kierował się prosto w ścianę lasu. Co jak co, ale to zrozumiałam. Miał nadzieję, że pójdę za nim do lasu. Świetnie. Słońce zachodziło, robiło się chłodniej niż za dnia, Rose na dole sprzeczająca się z ciotką, a ja jakby nigdy nic mam ot tak wejść w las, za chłopakiem, o którym nie wiedziałam zbyt wiele? Bardzo dobry pomysł. Mimo wszystko, niemal natychmiast rzuciłam się w kierunku drzwi. " To szaleństwo " powtarzałam w myślach zbiegając ze schodów, jednak na myśl o każdej wspólnie spędzonej chwili z Matt'em robiło mi się cieplej na sercu.
- Jane? - Rzucił ktoś jakby zaskoczony zawrotną prędkością z którą biegłam, jednak nawet się nie odwróciłam. Otworzyłam szybko drzwi, zatrzaskując je za sobą. Może nie było to zbyt grzeczne, ale bałam się, że Matt w lesie zniknie za szybko, bym mogła go dogonić. Mimo tego, po zejściu z tarasu zwolniłam, i szłam już całkiem spokojnie, jakbym spacerowała. Wiedziałam, że za rogiem jest Rose, to oczywiste. Wyłoniłam się niepewnie zza rogu ślicznego domu, szybko spostrzegając demonicę i ciotkę. Prawie tak szybko, i ona ujrzała mnie, zmieniając wyraz twarzy na jeszcze bardziej zadowolony. Jej kąciki ust ułożyły się teraz w ironiczny uśmiech, kierujący się w moją stronę. Udając, że to na mnie nie działa, przeszłam szybko obok awantury jakby nigdy nic. Rose chyba nie oglądała się za mną, gdyż nadal słyszałam zdenerwowaną ciotkę wypominającą jej, że zachowuje się jak nieposłuszny szczeniak. Co najciekawsze, rozbawiło mnie to. Rose, idealna na pozór, niegrzeczna jak mały, gapowaty szczeniak. Stres jakby minął, nie bałam się już, że demonica zaraz rzuci się w moim kierunku by dokończyć to, co zaczęła pięć dni temu. Powoli przekroczyłam granicę między lasem a podwórkiem, powoli dążąc za śladem Matt'a.
- Jane? Gdzie ty idziesz? - Usłyszałam głos ciotki, tak samo zdenerwowanej jak przed chwilą. Fakt, że jest teraz rozdrażniona zmniejszał moje szanse na wejście w dalszą część lasu. Zatrzymałam się i dopiero teraz do mnie dotarło, jaką głupotę właśnie zrobiłam. Na jej oczach, gdy zapadał już zmrok, wchodziłam sama do lasu. Nic głupszego zrobić już nie mogłam.
- Ja... - Zająknęłam się, szukając jak najszybciej sensownej odpowiedzi. - Idę tylko tutaj, kawałek dalej. Zapomniałam czegoś, jak spacerowałam z Kaz'im. - Wszystko mówiłam na pośpiechu, kłamiąc jak z nut. Spoglądając na ciotkę zauważyłam podejrzliwość, jaka widniała na jej twarzy. Po chwili uśmiechnęła się lekko znów wyglądając jak przedtem, co z pewnością sprawiło że poczułam się pewniej. No, prawie. Bo ciemnowłosa bestia stojąca obok niej wbijała we mnie swoje potworne spojrzenie, nie spuszczając ze mnie ani na chwilę wzroku.
- Dobrze, tylko szybko. Zaraz zrobi się ciemno, i będzie problem. - Dodała spokojniej, jakbym nie wzbudzała żadnych podejrzeń. Przytaknęłam lekko głową, szybkim krokiem wchodząc w las. Spostrzegłam, że dookoła było już szarawo, nie widziałam już wszystkiego tak dokładnie. Nieco zestresowana szukałam wzrokiem sylwetki Matt'a, jednak dookoła było pusto. Zaczęłam powoli biec, zahaczając po chwili nogą o prawie nie do zauważenia, wystający z ziemi korzeń, co zakończyło się upadkiem prosto na runo leśne. A dzięki mojemu niezwykłemu szczęściu, upadłam prosto na pokrzywy. Podrażniły moją lewą rękę, która natychmiast dała o sobie znać i piekła jak oszalała.
- Cholera jasna... - Wycedziłam przez zaciśnięte zęby, starając się podnieść tak, by nie poparzyć się tym zielskiem po raz kolejny. Stojąc już na nogach stwierdziłam, że nie mam sensu iść dalej. Nawet jakbym spotkała dalej Matt'a, spaliłabym się ze wstydu. Wywalić się tak na starcie, to mogłam tylko ja. Przetarłam sobie kolano, miałam rękę całą w bąblach oraz trampki w stanie makabrycznym. - Niech to szlag. - Tym razem zabrzmiałam jeszcze gorzej, zdenerwowana ze swojej porażki. Podniosłam jednak wzrok, i spojrzałam automatycznie przed siebie, chcąc jeszcze raz sprawdzić, czy przypadkiem nikt nie widział mojego wypadku. Serce zamarło, tętno przyspieszyło. Ręka momentalnie przestała szczypać, a w mojej głowie zrobiło się niespotykanie cicho. Około dwudziestu metrów przede mną, stał dumnie, rudo-brązowy wilk, wpatrujący się we mnie z ciekawością w oczach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz